Gniew Bogów 2012 - relacja Dwalthrima

Od ostatniego turnieju minęło pół roku z małym haczykiem i w sumie organizacja drugiego turnamentu w tym samym roku wyszła nam przypadkiem gdy okazało się  że większość z nas nie będzie mogła pojechać na Mad Days do Lublina. Pomysł wypłynął w trakcie, któregoś wtorkowego grania, a reszta poszła już z górki...
 
Jadąc na turniej +/- spodziewałem się z jakimi bandami przyjdzie mi się mierzyć, jednakże turnieje rządzą się własnymi prawami i właściwie za każdym razem coś jest w stanie nas zaskoczyć, ale o tym za chwilkę.
 
W SDK-u stawiłem się lekko niedospany, za to punktualnie. Pani na szatnio-recepcji, po krótkich negocjacjach niestety nie zechciała mi wydać klucza od sali więc pozostało czekać, aż przyjdzie ktoś upoważniony do jego odbioru. Na szczęśćcie zaraz po mnie pojawił się Ulryk, a zaraz potem zadzwoniło Hakostwo, żeby pomóc im z makietami, które niebawem wspólnymi siłami przetransportowaliśmy do SDQ. Przy rozkładaniu blatów mielimy niemiła niespodziankę, gdyż okazało się, że bez naszej wiedzy ktoś wywiózł trzy "stoły" do odległego magazynu! Gdy już myśleliśmy, że jesteśmy  głęboko w kraterze Pana Cieni, gdzie słońce nie dochodzi, odnalazły się drzwi od szały Leszcza, które swego czasu robiły za blat w kołchozie chłopaków. Jednym słowem byliśmy uratowani i zrobiliśmy dwa odrobinę węższe stoły. Wspólnymi siłami w miarę szybko rozstawiliśmy makiety, Hak i Skavenblight po małym powitaniu rozdzielili pary i mogliśmy zaczynać.
 
alt
 
 
Tym razem grałem Łowcami Czarownic w składzie: komplet bohaterów, 3  flagllantów, 2 zealotów, 2 psy bojowe, najemny niziołek - kuchcik oraz najemny strażnik dróg.  Razem 14 modeli.
 
"Herman Mayer z ramienia Ordo Malleus - świetej Inkwizycji Sigmara miał za zadanie oczyścić wraz ze swoimi ludźmi Miasto Potępionych ze wszelkich znamion chaosu jakie tylko napotkają. Traf chciał, że w trakcie podróży do Mordheim ich barka zatonęła na rzece Stir. W trakcie ratowania życia Łowcom Czarownic utonęło wiele z ich uzbrojenia w nurtach rwącej rzeki. Większość z nich została tylko ze świętymi młotami za pasem i to by było na tyle. Misję trzeba było wypełnić więc potrzebowali gotówki, aby się czym prędzej dozbroić. Niebawem, po krótkich pertraktacjach życzliwy wierny, wskazał im dzielnicę Upadłego Miasta, w której miało się znajdować jeszcze całkiem sporo nieodnalezionych przez chciwych poszukiwaczy kawałków meteorytu.."
 
Pierwszą bitwę wypadło mi grać z M.T, który jest znanym klubowym kombinatorem jeśli chodzi o turniejowe rozpiski. Michał pojawił się lekko spóźniony i wyciągnął na stół Beastmanów, co mnie zbytnio nie zdziwiło gdyż lubi bandy do ostrej rzezi czy innego mordobicia. Zdziwiła mnie natomiast ilość zwierzoludzi, których było aż 13! Już wiedziałem, że pierwszy scenariusz nie będzie należała do najłatwiejszych, trzynastu przeciwników z większą od przeciętnej wytrzymałością to nie w kij dmuchał...
 
alt
 
"Początkowo sprzyjało im szczęście, znaleźli trzy kawałki drogocennego wyrdstona, potem pojawiła się dziwna mgła, a z nią jakieś pomruki i uderzenia kopyt, które nie należały do Hegellmana - najętego przez nich strażnika dróg. Przed nimi w gęstej mgle rozległo się wściekle ujadanie jednego z psów, który chyba z czymś lub kimś toczył zażarty pojedynek. Zanim do ich uszu doszło ostrzeżenie wykrzyczane z piętra pobliskiej ruiny przez Bongo Furfoota - ich kucharza, z mgły wypadło na wyznawców Sigmara stado zwierzoludzi! I to cholernie wielkie stado przemknęło przez myśl herr Mayera zanim musiał zacząć robić użytek ze swego miecza..."
 
alt
 
W pierwszych turach moim Łowcom udało się zebrać trzy kamienie. Gdy doszło do walki było już tylko gorzej. Pierwszy zszedł pies, ale zabrał ze sobą zmutowanego psa zwierzoludzi. Drugiego psa przeciwnika ustrzelił Halfling. Strażnik Dróg natomiast zapomniał chyba jak pożytecznie używać kuszy. Nawet jeśli coś trafiał to nie zabijał :/ .
W trakcie walki wręcz, okazało się że Beastmany za uzbrojenie mają głównie sztylety i może ze trzy pałki na krzyż, co wyjaśniło ich liczebność. Moje zniesmaczenie tak mało fluffową rozpiską przełożyło się na rzuty. Praktycznie niczym nie raniłem, co najwyżej jakiś model się wywrócił ale dobijać nie było już kim. Gdy się okazało, że zeszli mi już wszyscy bohaterowie zarządziłem taktyczny odwrót.
Plus był taki, że wyniosłem 3 wyrdstony, natomaist mało uzyskałem punktów i EXp-ów z samej gry. Na amen zszedł mi pies i flagllant. Dokupiłem zealota, psa i jeden miecz, no i opłaciłem najemników. Bohaterowie na szczęście przeżyli, jeden zaliczył po drodze wizytę na Arenie Gladiatorów, ale wyszedł z niej bez większego szwanku. Kapitan niestety dostał się w łapska Beastamnów. Na szczęście Sigmar miał wobec niego inne plany i udało mi się go wykupić za równowartość trzech toporów!
 
Drugą bitwę grałem z Grichalkiem, który miał całkiem fajnie i niestandardowo złożoną bandę krasnoludów, zarówno od strony modelarskiej jaki od strony rozpiski. Następny scenariusz i znów trafia mi się przeciwnik z T 4. Teoretycznie miałem przewagę liczebną, więc Łowcy Czarownic powinni byli się po Krasnoludzkich Poszukiwaczach Skarbów zwyczajnie przejechać. "Teoria swoje a Shadow Lord kostki nosi" jak mawia pewne porzekadło. Faktycznie Łowcy Czarownic przejechali się, tylko trochę nie w tą stronę co trzeba..
 
"Po perypetiach ze zwierzoludźmi i krótkim pobycie w ich obozowisku, gdzie o mały włos nie złożyli go w ofierze mrocznym bogom, Herman Mayer odebrał specjalne zlecenie zgładzenia kapłana renegata, który został wykluczony z szeregów duchownych Sigmara. Za wykonanie misji była przewidziana oczywiście nagroda, lecz jak to bywa w Mordheim gdy za coś płacą natychmiast pojawia się konkurencja. Tym razem na drodze Łowców Czarownic stanęło sześciu brodatych pokurczów..."
 
Grichalk wystawił się całkiem sprytnie i w pierwszej turze zlikwidował kapłana, po czym zadekował się w wąskim domku robiącym za świątynie, uniemożliwiając mi tym samym frontalny atak wszystkimi modelami. Krasnali pierwsze dopadły psy, jeden po krótkiej walce zszedł, ale drugi dzielnie kąsał i gryzł brodaczy po łydkach i ich zakutych dupskach bodajże przez 3-4 tury, doprowadzając Grichalka do małej frustracji. Strażnik Dróg w końcu sobie przypomniał za co mu płacą i odstrzelił jednego z clansmanów. Niemałe spustoszenie w szeregach mojej Inkwizycji uczynił jeden ze slayerów ściągając mi aż 3 modele! W międzyczasie krasnoludzki Lord ubił mojego flagllanta. Łowcy nie pozostawali dłużni, kapitan do spółki z kapłanem i resztą bohaterów wspomaganych przez zealotów pozbawili życia dwóch kolejnych krasnoludów. Straty po obu stronach były na tyle duże, że obaj z Grichalkiem w przerwach od okładania się bronią ręczną, zdawaliśmy już routy. Krasnoludy są jedną z tych drużyn, które jest wyjątkowo ciężko złamać i zmusić do ucieczki. Tak było i tym razem, Łowcy nie zdali routa jako pierwsi i dali przysłowiowego drapaka.
I tym razem nie obyło się bez strat. Do piachu poszedł kolejny flagllant, zealot i świeżo odkupiony psiak. Reszta załogi jakoś się wylizała, a kapłan nawet zaczął wzbudzać strach. Posypały się w końcu jakieś rozwoje. Nizioł +1 I, Strażnik Dróg - Quick Shot, Zealoci + 1 A, Kapłan - Sorcerry. Ostatni z przetrzebionej grupy zealotów awansował na bohatera i uzyskał +1 W. Z exploracji opłaciłem najemników oraz odkupiłem psa i zealotę, zostało mi jeszcze zk na broń ręczna sztuk jeden.
 
"Dwa razy z rzędu nie poszło im najlepiej, ale przy najmniej byli wciąż żywi. Do trzech razy sztuka pomyślał Herman Mayer i poprowadził swoją drużynę w okolice dzielnicy światynno-kupieckiej. Aby się odkuć mieli zająć i przeszukać pięć wskazanych przez informatora ruin. Traf chciał, że na bogactwa spoczywające gdzieś wśród zrujnowanych budynków miała również chrapkę pewna kompania z Averlandu..."
 
W trzecim scenariuszu trafiłem na Kapitana Haka, z którym ostatnią bitwę było mi dane rozgrywać na początku wiosny w trakcie SDK-owej kampanii. Tomek miał przewagę broni strzeleckiej, a ja przewagę liczebną przewyższającą jego stan osobowy o jeden czy dwa modele.
Od pierwszej tury świetnie spisywał się mój strażnik dróg, któremu na samym początku rozgrywki udało się zdjąć dwóch averlandczyków. Niestety trochę się zagalopowałem i zapomniałem o czającej się na jednym z balkonów elfce na usługach Averlandu, której w końcu udało się tegoż strażnika dróg odstrzelić. Następne tury to było przesuwanie się w przód Łowców Czarownic, pod  silnym ostrzałem Tomkowych averlandczyków, w większości już po rozwojach i z "quick shotami." Na moje szczęście tereny dawały dość dobry cover, a Hakowi nie szły rzuty na zranienie. Parokrotnie w trakcie przedzierania się do wskazanych domków ogłuszał moje modele, ale żadnego nie wyeliminował na amen. Do małego starcia wręcz doszło w ruinach Świątyni. Tomek wyeliminował  zealotę bohatera, a ja jego dwa modele w tym bodajże sierżanta. Po drodze Averlandczycy odstrzelili jednego psa, i usiłowali nie dopuścić Łowców do największego z budynków w którym kampiła się elfka i dwóch bohaterów.
 
alt
 
Po ośmiu turach odniosłem małe zwycięstwo, utrzymując dwa domki, jeden został w rękach Averlandu, a w dwóch pozostałych był remis.
Do piachu poszedł niestety jeden Łowca i pies. Natomiast po fazie eksploracji i tradycyjnym haraczu ściągniętym przez najemników dałem radę zaopatrzyć się w święta relikwie, breized iron - zwyczajową broń Łowców Czarownic i odkupić psa. Z rozwojów kapitan i kapłan dostali +1 WS, zealot bohater oraz ostatni flagllant +1 A, jeden z Łowców - strongman.
 
"Zachęceni pierwszym zwycięstwem i pokonaniem Averlandczyków, Łowcy Czarownic ruszyli na poszukiwanie legendarnego-krasnoludzkiego skarbu. Co prawda ponoć był on przeklęty ale skarb to skarb, a w Mordheim gotówki nigdy za mało..."
 
alt
 
W bitwie czwartej spotkałem się z Ironheadem, który grał Nieumarłymi. Jego ekipa zaliczyła restart po śmierci wampira, więc miałem przeciwko  trochę rozwiniętym Łowcom świeże undeady. W drużynie Konrada, nie było nekromanty, a także cienia jakiegokolwiek zombi, za to było aż sześć ghuli i najemny ogr. Przyznam że rozpiska trochę mnie zaskoczyła, zwłaszcza że nekromanta i zombiaki oraz wampir to dla mnie zawsze był i jest największy fluffowy + tej bandy. Tak czy siak podbudowany poprzednim sukcesem postanowiłem powalczyć i tu, mimo że w szeregach przeciwnika było dwóch konkretnych kosicieli pod postacią wampira i ogra.
 
alt
 
"Do nozdrzy Łowców Czarownic wraz ze wschodnio-północnym wiatrem dotarł smród zgnilizny, zapadła nienaturalna cisza, a słońce jakby przygasło i zaczęło dawać mniej ciepła.
- Chyba nie tylko my postanowiliśmy poszukać tego skarbu mruknął jeden z Łowców, Matthias Grosbeard plując przy tym przez lewe ramie i robiąc na piersiach odruchowy znak młota chroniący przed złem.
- Taaa... Jak nic nieumarli! Potwierdził jego przypuszczenia Dieter van Hall, który z nich wszystkich miał najwięcej doczynienia z żywymi trupami.
Za ich plecami Ludwig Tempelman - kapłan Sigmar wymamrotał słowa modlitwy. Po chwili w jego ręku zmaterializował się Święty Młot, a oczy rozbłysły sprawiedliwym gniewem. Wszyscy odetchnęli z ulgą i po cichu zaczęli trzymać kciuki, aby ojczulkowi udało się na tyle długo skupić, żeby jego magiczna broń nie zniknęła w najmniej spodziewanym momencie tak jak to miało miejsce w trakcie potyczki ze zwierzoludźmi.
- Ruszajmy i nie pozwólmy sługusom ciemności nas ubiec! Zakomenderował Herman Mayer prowadząc swoich ludzi w dół ulicy..."
 
alt
 
W pierwszych turach przeszukałem dwa domki, a Ironhead jeden. Obaj standardowo zostawiliśmy sobie po jednym domku najbliżej swojej krawędzi - stara dobra zasada, która nie raz i nie dwa sprawdzała się w tym scenariuszu na wielu poprzednich turniejach i nie tylko. Od samego początku dzielnie radził sobie strażnik dróg, który ze swoim quick shotem siał pogrom wśród ghuli Konrada zdejmując w sumie chyba ze trzy jak nie cztery modele. Ironhead troche za bardzo rozproszył załogantów licząc chyba na siłe ogra i ghuli. Tymi zajął się kapitan, jeden łowca, zealoci z flagllantemi oraz psy, przy wspomnianym juz wsparciu strzeleckim roadwardena. Przy szarżach lekkiego stracha i pare oblanych testów zaliczyły psy oraz zealoci, ale koniec końców w wszystkim udało się dojść do walki wręcz. Tymczasem cichociemny wampir usiłował chyłkiem przemknąć się bockiem-bockiem i przeszukać domek bliżej mojej krawędzi. Lekko pod kątem cofnąłem zatem kapłana, zealotę-bohatera, a także łowcę z breized iron, żeby przeciać wampirowi drogę. Ten mimo wszystko parł do przodu, aż wszedł w zasięg szarży kapłana. Ten nie dał żadnych szans nieumarłemu księciu wyprowadzając cios świetego młota wprost miedzy oczy wampierza. W środku stołu gdzie był największy koicoł padały kolejne ghule. Raniony z kuszy ogr padł po szarży flagllanta, który elegancko zdjął go swoimi dwoma atakami z cepa.
Dopiero wtedy pojawiły się dregi, z którymi uporałem się zaraz po wyrżnięciu w pień ghuli.
Tym samym zgładziłem 100% bandy przeciwnika z nikłymi stratami własnymi. Tylko przez tą siekę nie znaleźliśmy skrzyni, w której było dużo ciekawych fantów. Rozwojów dokładnie nei pamietam, ale zealot-bohater dostał +1 WS, a łowca z breized iron - mighty blowa. Dokupiłem króliczą łapkę oraz jednego flagllanta.
 
Ostatnią bitwę grałem z Zasadzką, na którego nadziewam się ze zmiennym szczęściem właściwie na każdym turnieju. Na środku ulicy błąkał się orczy szaman, którego jesli szybko się nie usiekło, mógł sprowadzić z nieba  bardzo nieprzyjemne rzeczy typu stopa Gorka itp. czary.
W pierwszej turze udało nam się go skutecznie odstrzelić.  Potem odbyła się moja droga przez męke w strone szeregów Marienburga...
 
alt
 
"Widzicie tego orczego szamana, ten pomiot chaosu? - zwrócił się z pytaniem do swych ludzi Herman Mayer. Odpowiedziały mu kiwnięcia głową i żarliwe potakiwania.
Zatem musi zginąć, tak samo jak te fircyki z Marienburga na drugim końcu ulicy! - wydarł się kapitan wskazujac mieczem przeciwnika i ich nowy cel. Gdy tylko ruszyli pędem w stronę wroga wszędzie wokół zaroiło się od furkoczących bełtów i opierzonych strzał. Gdy z konia spadł Herr Hegellman już było wiadomo, że dotarcie do patałachów z Marienburga bedzie nei lada wyzwaniem..."
 
alt
 
Grając przeciwko Marienburgowi nafaszerowanemu łaukami i garłaczami, a także mającemu na swych usługach strażnika dróg, tileańskiego strzelca i elfickiego rengera, nie mówiąc o kuszy u kapitana czułem sie jakby moi łowcy szli wprost na pluton egzekucyjny.  Zasadzka nie ruszył sie właściwie ani o cal może poza końcowymi szarżami, prując w międzyczasie do mnie z czego się dało. Co gorsza wiekszość tych pociskół sięgała celu i kolejno eliminowała moje modele. W końcówce rozgrywki dopadłem do jego najemników całymi trzema modelami, kapitanem, flagllantem i jednym łowcą. W jakieś dwie-trzy tury chmara marienburczyków dokończyła krwawego dzieła zaczętego przez ich broń dystansową i tym samym to był już koniec dzielnych Łowców Czarownic.
 
alt
 
Gdybym dotarł większą ilością modeli do walki wręcz miałbym jakieś szanse, a tak zanim przebyłem połowę stołu właściwie już mnie nie było.
Zasadzka skutecznie odegrał sie tym samym za pogrom jaki mu sprawiłem  na poprzednim turnieju grając Middenheimem przeciwko jego szczurom. Zobaczymy jak to bedzie dalej, he-he ;) .
 
 
Z ciekawostek to poraz pierwszy zorganizowaliśmy turniej bez większego wsparcia makietowego z Komorowa, więc problem transportowania większej ilości terenowego-majdanu do Wa-wy i z powrotem powoli sie rzowiązuje. Ponownie trafiłem na M.T i jego niezdrową bandę (poprzednio byli to Possessdzi juz po nieżle chorych rozwojach :P). Chyba wszyscy w klubie zaczynają sobie zadawac pytanie czy kiedys doczekamy się, że Michał zagra na turnieju swoimi Siostrami Sigmara lub Krsnoludami czy inną równie klimatyczną bandą ;). Drugi turniej z rzędu, w którym po pierwszym scenariuszu mój bohater laduje na arenie gladiatorów, dziwny przypadek nie? Znowu doprowadziłem do czyjegoś restartu bandy. I na koniec po raz trzeci w karierze turniejowej trafiłem na Zasadzkę, który tym razem był górą. Jednym słowem turniej pełen wrażeń, zaskakujacych rezultatów i niespodziewanych zwrotów akcji! Chiałem także przeprosic za jakość zdjęć, ale bardzo trudno jest się skupić na jednoczesnej grze i robieniu fotek..
 
Cały turniej uważam za bardzo udany, ciesząc sie jednocześnie,  że mimo różnych perturbacji rodzinno-zawodowych przynajmniej w stolicy udaje się znaleźć kilkunastoosobową grupę zapaleńców, na których można liczyć i wiadomo, że na turniej sie stawią. Chyba wszyscy opuszczali SDK z poczuciem miło i sympatycznie spędzonej niedzieli z uśmiechami na twarzach.  Fajne jest to, ze jednak co i rusz na turniejach pojawiają się nowe twarze, a także że co i rusz udaje sie do hobby wrócić starym wygom i weteranom, którzy w trakcie gry przypominaja sobie nawzajem zasady. Chiałbym serdecznie podziękować wszystkim uczestnikom, bo to wy tworzycie ten specyficzny i niezapomniany klimat jaki panuje na naszych SDKowch turniejach.
 
alt
 
Osobne podziękowania kieruje dla Tomka i Natalii, którzy właściwie sami zoorganizowali cały turniej   z niewielkim udziałem reszty klubowiczów, a do tegio musieli jeszcze grać i sędziować jednocześnie. Szacunek Hakostwo!
 

Szukaj

Ogłoszenia

Spotkania klubowe:

 

Wtorki, od godz. 19:00.

Soboty, od godz. 9:00.

Niedziele, od godz. 11:00.

 

(prosimy o upewnienie się, czy zajęcia w danym terminie nie zostały odwołane)

  

Pokazy i nauka gry:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

Warsztaty makietowe:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

***

Tu się spotykamy:

 

Staromiejski Dom Kultury w Warszawie,

Sala "Klubowa", I. piętro.

 

***

KLUBOWY KALENDARZ!

Pinterest!

Pinterest

DT na Facebooku

Kto online

Naszą witrynę przegląda teraz 438 gości 

Logowanie