Relacja z szóstej bitwy kampanii noworocznej w SDKu (14.02.2012) [Dwalthrim & Kapitan Hak]

Zapraszamy do lektury obszernej wspólnej relacji Dwalthrima i Kapitana Haka z szóstej bitwy "kampanii noworocznej"!

Wolfgang Todbringer rozpamiętywając ostatnie zdarzenia, leżał w lazarecie razem z reszta swoich ludzi, po najkrwawszej bitwie jaką było im dane stoczyć na ulicach Miasta Potępionych. Zewsząd dolatywały go pojękiwania, utyskiwanie na los i przeklinanie Sigmarytów.  Jedno trzeba było przyznać zasłyszanym  opowieściom – wyznawcy Młotodzierżcy to jednak bitne sukinsyny!
Spod ich ciosów udało się wywinąć tylko niziołkowi – Furfootowi i jednemu z myśliwych. Teraz we dwóch doglądali towarzyszy. Jeden zmieniał opatrunki, nalewał wodę w kubki lub nabijał fajki tytoniem, a niziołek gotował nieustannie lecznicze napary oraz strawę, po której poharatani towarzysze szybciej wracali do zdrowia.

Wolf był zły na kuchcika i strzelców, że dali im za mała osłonę ze swojej broni dystansowej, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Natomiast był pełen podziwu i uznania dla Grety, która padła tuż przed nim pod napierającymi zewsząd pomagierami Łowców Czarownic. Bez dwóch zdań stała się dwa razy bardziej doświadczonym wojownikiem od młodego Hansa, którego trochę zawstydzała tą kwestią. Szkoda tylko, że pistoletowy wystrzał niemal z przyłożenia jaki zafundował jej krasnoludzki pirat tak bardzo ją oszpecił. Widział spojrzenia pozostałych, którzy odwracali wzrok na jej widok i ukradkiem wykonywali gesty odpędzające zło. Dobrze, że Hans od dawna smaruje do niej cholewki to może  nie będzie zwracał uwagi na drobne mankamenty w urodzie dziewki...

Skąd u licha wziął się tam ten przeklęty krasnoludzki pirat?! Na Ulryka, no skąd?! - zawył nagle dowódca Middenheimczyków, unosząc się na łokciach w swoim posłaniu.
Spokojnie Kapitanie, proszę to wypić... - uspokoił po chwili Wolfganga niziołek Willy.

Najlepiej ze wszystkich jak zwykle wyszli woje z Werwolfu oraz Hans Bastard. Młodzik może jeszcze nie dokonał żadnych spektakularnych czynów ale ewidentnie Ranald mu sprzyjał. Do tego zahartował się i zmężniał, Jeszcze nadejdzie jego czas.

Grosbadowi może się co jakiś czas odnawiać  stara rana, tak przynajmniej wspominał medyk.
Otho natomiast dostał lekkiego rozstroju nerwowego gdy Fanz-Josef wypalił ze swojej „ślicznotki” wprost w zbitą ciżbę przeciwników. Rechotał przy tym opętańczo i wykrzykiwał obelgi pod adresem Sigmarytów. Co zrobić, że stary pryk nie zauważył w tej gmatwaninie ciał i broni Wisberga?:/
Na całe szczęście tylko go zranił, natomiast fragment urwanej kolczugi Otha załatwił jednego z chędożonych łowców – to była prawdziwa łaska Ulryka. No może jeszcze wtedy gdy Pan Bitwy wysłuchał modłów kapłana i spuścił swój olbrzymi młot na jednego z Łowców Czarownic, którzy zamierzali się swym mieczem na Wolfganga. Właśnie Kapłan! Gdzie u licha podział się ten cały Herr Lupus, który namówił ich do tej straceńczej wyprawy?

Widział ktoś kapłana?! Wydarł się ponownie Wolfgang do swoich ludzi.
Mam nadzieje, ze nie uciekł z Twoim złotem – zachichotał Kurt.
Widziałem Kapitanie jak padał gdy nie zdążył się zasłonić przed uderzeniem cepem – odparł z końca pokoju Franz-Josef.

Kapitan Todbringer zafrasował się na te wieści, ale z kapłanem czy bez to Przeklęte Miasto jeszcze usłyszy o Posłańcach Ulryka!
Po tych  przemyśleniach Wolfgang zapadł w zdrowy-głęboki sen...


Potyczka z Łowcami Czarownic była naprawdę emocjonująca, a Kpt.Hak dowodzący tą Inkwizycją bardzo sprytnie rozstawił się  małymi grupkami uderzeniowymi, rozsianymi po całej niemal Jego krawędzi. W pierwszej części gry słabo wychodziły mi rzuty, mimo kostek kręcących spektakularne bączki mrugające do mnie cudownym wynikiem 6, ech... :/  
Później było zdecydowanie lepiej i udało mi się zmusić Łowców do wykonywania testów rozbicia, które zacząłem wykonywać jako pierwszy. Pogrom w szeregach wroga siała Greta z Kapitanem, któremu w sukurs w pewnym momencie przyszedł kapłan spuszczając na łeb jednego z Łowców „Hammerschlag”- młot Ulryka. Zarówno Greta jak i Kapitan zdjęli ok 2-3 modeli przeciwnika na głowę.
Niezłym celem popisał się także Franz-Josef, czyli marksman z garłaczem. Wypalił w walczący tłum i zrykoszetował od fllagellanta jednego z moich bohaterów – na szczęście tego z dwoma ranami. Jakby tego było mało tu również wypadł rykoszet, który zranił z kolei najbliższego Łowcę!  W efekcie tej salwy flagus oraz Łowca przywitali się z Morrem., he-he ;]
W ferworze walki nie sprawdziłem niestety dalszej linii zasięgu blunderbussa, a chyba było całkiem prawdopodobne, że załapał by się na trafienie z owego garłacza ostrzeliwujący moich łuczników wraży halfling i kolejny fllaglant! Grrrr – mądry Ulrykowiec po szkodzie. No ale po takiej dawce emocji jak dwa identyczne krytyki z rzędu nagrodzone zgonami można się zapomnieć. ;)
W sumie po stracie ¾ stanu osobowego bandy mogłem dobrowolnie uciec, ale ponieważ przeciwnikami moich Middenheimersów byli Łowcy czyli rywalizujący z wyznawcami Ulryka kult Sigmara zaryzykowałem dla fluffu walkę do samego końca...
Bitwę można by opisać najłatwiej w sposób następujący: natarcie sigmaryckiej Inkwizycji – kontratak Ulrykowców – wsparcie Sigmarytów kończące rozgrywkę.

Gra z Tomkiem była jak zawsze sympatyczna i emocjonująca :)

 

Sekwencja po bitwie:

Kapitan Wolfgang Todbringer : pauzuje następna bitwę, + 1 LD
Champion Otho Wisberg:  – 1 I za oberwanie z garłacza, + 1 A
Champion Kurt Grosbad: stara rana, + 1 WS (wyrównało się do poziomu startowego za -1 WS z poprzedniej bitwy :P)
Youngblood Greta Ulricsdotir: poharatana twarzyczka, od teraz wzbudza strach,  skill – strike to injure
Youngblood Hans Bastard: hate Kpt. Łowców Kaspar Hagelman, + 1 T


Dwalthrim dowodzący najemnikami z Middenheim!

Łowcy Czarownic nadciągają!

Pirackim (jednym) okiem, czyli bitwa z perspektywy Kapitana Haka...

Nie będę ukrywał, iż bitwy z Dwalthrimem oczekiwałem niecierpliwie, od początku kampanii, a w zasadzie i dłużej - wieki już całe minęły, odkąd mieliśmy okazję razem zagrać. Radość była tym większa, że adwersarzem moich Łowców Czarownic w tej potyczce mieli być najemnicy z Middenheim - spośród najemniczych band raczej nieczęsty widok (a przynajmniej ja już dawno nie miałem z nimi do czynienia), dodatkowo wspierani przez Kapłana Ulryka. Skład ilościowo-jakościowy bandy bardzo zbliżony do mojej, co zapowiadało wyważoną, choć bez wątpienia krwawą i zajadłą, potyczkę!

Scenariusz wybraliśmy zupełnie zwyczajny: standardowy podręcznikowy "Breakthrough". Wypadła mi rola obrońcy, któremu nie wolno dopuścić, by oddziały wroga przedarły się na drugą stronę pola bitwy...

Jako obrońca w tym scenariuszu miałem dość dużą dowolność w rozstawieniu swoich podkomendnych (gdziekolwiek na stole, byle nie bliżej niż 14" od modeli wroga). Nie wiedząc jeszcze, jaką taktykę obierze Dwalthrim, i jaką drogą skieruje na mnie swoich wojaków, skorzystałem z tej możliwości i podzieliłem bandę na cztery zróżnicowane grupy operacyjne. Wprawdzie rozpraszanie swojej bandy w ruinach Miasta Potępionych nie jest z reguły najlepszym pomysłem, na jaki może wpaść dowódca, w tym wypadku była to część uknutego przeze mnie planu, który zakładał objęcie zasięgiem straży (i ewentualnych szarż) całej szerokości stołu, by niezwłocznie wiązać walką wręcz wrogich wojowników zmierzających ku zwycięskiej krawędzi blatu (wystarczyłoby, by dwóch Middenheimerów zdołało się przecisnąć, bym pożegnał się ze zwycięstwem!). Równocześnie grupy były na tyle blisko siebie, by w razie potrzeby w ciągu 1-2 tur przybyć sobie z pomocą, jeżeli zajdzie taka potrzeba.

Szybko okazało się jednak, iż Dwalthrim nie planuje za bardzo rozdzielać swojej bandy, która ruszyła na mnie w miarę zwartą kolumną, wysyłając przodem zwiadowców w postaci myśliwych i niziołka, którzy, skradając się po wyższej kondygnacji jednego z pobliskich budynków, mieli zasypać mnie z ukrycia gradem strzał, nie przejmując się zbytnio, iż z daleka szyje do nich z kuszy Kaspar Hagelmann, dowódca moich Łowców Czarownic.

Zanim jednak walka strzelecka rozgorzała na dobre, jedna z moich silniejszych grup uderzeniowych, w skład której wchodzili między innymi krasnoludzki pirat-zabójca Grondi Aldriksson oraz pokutnik-flagellant Szalony Heinrich, dopadła skradających się poprzez zrujnowane domostwo najemników z Miasta Białego Wilka...

Syknęły miecze, huknęły pistolety, z wielu gardzieli dobył się bojwy okrzyk i zgiełk bitwy rozgorzał na dobre, by długo nie móc ucichnąć...

Przebieg walki dobrze w skrócie opisał Dwalthrim: po początkowym impecie mojego uderzenia i kilku pierwszych trupach, które padły po stronie Middenheimerów, przystąpili oni do kontruderzenia, na tyle skutecznego, iż moja początkowa euforia i narastająca pewność zwycięstwa mocno zachwiały się w posadach. Obaj rzucaliśmy do boju kolejne fale nadciągającego wsparcia, ale dość szybko straty po obydwu stronach sprawiły, iż musieliśmy liczyć się z ewentualnością, iż nasze bandy zdecydują się wziąć nogi za pas. Jednakże wielka była zawziętość wyznawców obydwu rywalizujących ze sobą bogów i nikt nie myślał uciekać, czy to w sposób zorganizowany, z rozkazu dowódcy, czy też w sposób chaotyczny, spowodowany strachem przed hardym przeciwnikiem.

Ręka losu tocząca kości ostatecznie doprowadziła jednak do tego, iż pierwsi do ucieczki rzucili się wyznawcy Ulryka - zdziesiątkowani, ale hardzi: ustąpili pola zapewne tylko dlatego, iż zdecydowana większość ich towarzyszy leżała już martwa, czy też nieprzytomna gdzieś w ruinach...

Kolejne moje zwycięstwo w tej kampanii (do tej pory przegrałem jedynie z Radkiem i jego skavenami) tak jak i poprzednie okupiłem dość sporymi stratami. Prawdziwa chwila prawdy nadeszła jednak po bitwie, gdy miało się okazać, kto szybko wyliże się z ran, a kogo powita Sigmar w zaświatach. O dziwo jednak Sigmar powitał - spośród ponad dziesięcioosobowej grupy kandydatów na denaty - jedynie jednego z flagellantów i zelotę - jakaś strata finansowa, nie oszukujmy się, jest, ale mogło być dużo gorzej.

Straty zostały jednak szybko przesłonięte przez liczne korzyści, jakie po bitwie odniosłem, przede wszystkim w postaci doświadczenia, jakie zdobyli moi Łowcy. Kapitan się wzmocnił (+1T), jeden z Łowców nauczył się nowej umiejętności, ale co najważniejsze: do grona bohaterów dołączył Szalony Heinrich, doceniony za swoje osiągnięcia w młóceniu cepem. Drugi z przeżyłych flagellantów stał się bardziej żywotny (+1W), z kolei zelota nabrał wprawy w szybszym okładaniu wrogów zdechłą rybą (+1A). Wspomnieć też należy o Grondim Aldrikssonie, który wytrzeźwiawszy nieco, nauczył się nieco szybciej reagować (+1I).

Również finansowo nie wyszedłem najgorzej: zebrany Wyrdston sprzedałem za 70 zk, z czego od razu 20 zk poszło na utrzymanie krasnoludzkiego pirata i halflińskiego zwiadowcy. Pozostałych 50 zk jeszcze nie wydałem, ale najprawdopodobniej skuszę się na wynajęcie kolejnego flagellanta...

Podsumowując krótko, była to kolejna krwawa i epicka bitwa w tej kampanii - aż dziw, że po kolejnej takiej jatce moja drużyna jeszcze stoi na nogach, ale wiem jedno: jeżeli Sigmar będzie im błogosławił, jak do tej pory, niejednym mnie jeszcze zadziwią!

Na zakończenie zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z klubowego spotkania w dniu 14.02.2012.

Szukaj

Ogłoszenia

Spotkania klubowe:

 

Wtorki, od godz. 19:00.

Soboty, od godz. 9:00.

Niedziele, od godz. 11:00.

 

(prosimy o upewnienie się, czy zajęcia w danym terminie nie zostały odwołane)

  

Pokazy i nauka gry:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

Warsztaty makietowe:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

***

Tu się spotykamy:

 

Staromiejski Dom Kultury w Warszawie,

Sala "Klubowa", I. piętro.

 

***

KLUBOWY KALENDARZ!

Pinterest!

Pinterest

DT na Facebooku

Kto online

Naszą witrynę przegląda teraz 141 gości 

Logowanie