Relacja z drugiej bitwy kampanii noworocznej w SDKu (10.01.2012) [Kapitan Hak]

Z "lekkim" opóźnieniem, ale jednak w końcu - lepiej wszakże późno niż wcale - mam przyjemność opowiedzieć parę słów o klubowym spotkaniu, które odbyło się 10 stycznia 2012, i na którym chwalebnie kontynuowaliśmy kampanię "noworoczną".

Na wstępie napiszę, iż - niestety, sam nad tym bardzo boleję - na spotkanie to zapomniałem zabrać aparatu, a mizerne fotki z komórki, nieliczne zresztą, są na tyle nieudane (z winy nie tyle samej komórki, co niezbyt dobrego oświetlenia w sali klubowej), iż nie ma sensu, bym zawracał nimi sobie i Wam głowę.

Zapraszam mimo wszystko do lektury krótkiej relacji z bitwy, jaką rozegrałem z Leszczem i jego Marienburgiem.

Scenariusz, jaki wybraliśmy na te spotkanie, to "Pocałunek śmierci" autorstwa jednego z członków nieaktywnego już niestety klubu Mordheim Treasure Hunters, najprawdopodobniej Nazrotha (fragment dialogu przed grą: - Kto jest autorem tego scenariusza? - Chyba Nazroth... - O, tu jest fragment "okrągłe piersi ściśnięte gorsetem [...]". - To na pewno Nazroth!). W dużym skrócie chodziło o to, iż wśród ruin przechadza się ukąszony przez ponętną wampirzycę młodzieniaszek, którego należy odstawić do zmartwionych rodzicieli. Sprawę komplikuje fakt, iż zainteresowanych młodzianem osobników jest więcej, są wybitnie wraży, a sam chłopak w każdej chwili sam może się w wampira przemienić.

Pole bitwy był to swego rodzaju niewielki plac na środku stołu, otoczony budynkami w różnym stopniu zrujnowania. Młody szlachcic szwędał się bez celu oczywiście na wspomnianym placu, nieświadomy, iż wkrótce przyjdzie mu wracać do rodziców, bez względu na to, czy tego chce, czy nie.

Naprzeciwko moich Łowców Czarownic, wzmocnionych odrobinę, w umiarkowany sposób, po zwycięstwie w pierwszej bitwie, po drugiej stronie stołu stanęła silna ekipa wilków morskich z Marienburga, najemników dowodzonych przez doświadczonego i wytrawnego dowódcę Leszcza.

Po rozpoczęciu bitwy, z ciężkim sercem, spodziewając się - i słusznie, jak się później okazało - krwawej i zaciętej potyczki z Marienburczykami, ruszyłem w kierunku młodego chłopaka, by jak najszybciej go przejąć i w miarę możliwości doprowadzić do swojej krawędzi stołu. Szczęśliwy traf sprawił, iż błądzący bez celu ukąszony przez wampira typ skierował w którymś momencie kroki w moją stronę, dzięki czemu wpadł w gorliwe łapska moich Łowców szybciej niż się zdążył zorientować, iż nie jest w ruinach sam.

Już zarządziłem odwrót, gdy z drugiej strony, placu, z dwóch uliczek, wysypała się na moich Łowców żądna walki grupa najemników z Marienburga. Ich gromkie okrzyki zagłuszył huk garłaczy, z których dwóch piratów wypaliło w moją drużynę. Zamarłem na chwilę w oczekiwaniu na rzeź... Błogosławieństwo Sigmara jednak nie opuszczało moich wojowników, a gdy tylko kłęby dymu z prochu strzelniczego się rozwiały, okazało się, iż śmiercionośne wystrzały spowodowały jedynie przejściowy zamęt w szeregach Łowców, nie wysyłając nikogo na tamten świat.

I w tym momencie właśnie rozpoczęła się krwawa rzeź... Obydwie bandy rzuciły się na siebie z ogłuszającym rykiem, a bruk placyku szybko spłynął posoką. Zapach krwi dotarł w końcu do nozdrzy młodego szlachcica, w którym obudziła się bestia, żądny krwi wampir, szerzący zamęt na tyłach mojego oddziału!

Sytuacja stawała się powoli dla mnie niewesoła. Z przodu napierający Marienburg, z tyłu szalejący wampir... Byłem już niemal pewien, iż wkrótce przyjdzie kres potyczki, a Łowcy pierzchną na wszystkie strony, ale - o dziwo - tak się nie stało, a to głównie ze względu na bohaterstwo trzech wyróżniających się w tej bitwie członków bandy: jednego z Łowców, wynajętego krasnoludzkiego pirata i kapłana-wojownika Sigmara. Pierwszych dwóch siało zamęt w szeregach Marienburga, w pojedynkę uśmiercając licznych otaczających ich wrogów. Trzeci natomiast, po rozbiciu paru głów ciężkim bojowym młotem, w świętym, gorliwym szale przez długi czas dawał odpór rozszalałemu wampirowi. Bohaterstwo opłacił życiem, jednakże dzięki jego poświęceniu pozostali, nieliczni już wojownicy mogli odpierać ataki najemników marienburskich.

Sytuacja, wcześniej niewesoła, stawała się coraz bardziej beznadziejna; z czternastoosobowej drużyny na polu bitwy zostało dwóch. Marienburczyków zresztą niewiele więcej, może trzech, czy czterech - widząc jednak niesłabnący zapał bojowy sług Sigmara, a co gorsza: nadciągającego wampira, który dopiero co rozszarpał na strzępy dzielnego kapłana, uznali, iż najwyższy czas ustąpić pola...

Zwycięstwo, które przypadło w udziale moim Łowcom Czarownic, było iście pyrrusowe, okupione krwią wielu poległych, ale chwalebne i wspominane długo potem, z pewnym lękiem, ale i szacunkiem wobec bohaterów tego starcia...

 

Witch Hunter

Szukaj

Ogłoszenia

Spotkania klubowe:

 

Wtorki, od godz. 19:00.

Soboty, od godz. 9:00.

Niedziele, od godz. 11:00.

 

(prosimy o upewnienie się, czy zajęcia w danym terminie nie zostały odwołane)

  

Pokazy i nauka gry:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

Warsztaty makietowe:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

***

Tu się spotykamy:

 

Staromiejski Dom Kultury w Warszawie,

Sala "Klubowa", I. piętro.

 

***

KLUBOWY KALENDARZ!

Pinterest!

Pinterest

DT na Facebooku

Kto online

Naszą witrynę przegląda teraz 5 gości 

Logowanie