Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #8

Ciche skomlenie psa działało na nerwy większości kompanii. Jako jeden z nielicznych, Grom z nietypowym dla ogra współczuciem spoglądał na swego przyjaciela. Zdechlak żył, ale strzał łowcy czarownic wyraźnie go wystraszył i rozharatał skórę na grzbiecie. Również Wilfried nie zdradzał oznak zdenerwowania. Przyzwyczajony przez lata do towarzystwa zwierząt, ze spokojem opatrzył ranę Zdechlaka i ponownie zapadł we właściwe sobie milczenie. Kapłan nieczęsto się odzywał, choć niemal cały czas się modlił. W dalszych krewnych wzbudzał raczej lęk niż zaufanie, jednak Gerhard upierał się przy jego towarzystwie. Bernhard wzruszył ramionami. Coś od rana budziło jego niepokój, ale starał się to ukryć. Nie było to spowodowane obecnością kapłana, ogrów czy nawet skowytem nieszczęsnego psa. Nie przepadał po prostu za otwartymi przestrzeniami i liczył bardzo, że w Mordheim akurat ich uniknie. Niestety, los i rozkaz Gerharda rzuciły go znowu w zupełnie niewłaściwe miejsce.

Trudno było nazwać to miejsce miastem. Wyglądało tak, jakby wszyscy bogowie Chaosu spierali się o jego przeznaczenie. Dwie zrujnowane kamienice stały niemal w szczerym polu. Nieopodal jakieś prymitywne stworzenia - orkowie albo zwierzoludzie - zbudowały niewielką strażnicę. Prócz tego płaski teren porastały niskie drzewa. Drzewa w Mordheim w niczym nie przypominały tych, które krewniacy z Ostlandu widywali u siebie. Całą tutejszą roślinność toczyła jakaś choroba. Dla Bernharda, niemłodego już i zaprawionego w boju, była bardziej niepokojąca niż rozwleczone na każdym rogu wyprute flaki.

- Słuchaj Gerd, popraw mnie, jeśli się mylę - odezwał się do swego kuzyna i dowódcy. - Pies Groma naszczał do buta któremuś z tych szurniętych fanatyków. Gdyby facet był lepszym strzelcem, może pozbylibyśmy się problemu, a ty chcesz ścigać ich po tej cholernej wsi, bo na miasto toto nie wygląda?
- Przecież nie o psa tu idzie - zdenerwował się Gerhard. - Słyszałeś, co oni tam wtedy mruczeli pod nosem?
- Wiesz, w knajpie zwykle koncentruję się na piciu...
- No to ci mówię, że jest trochę złota do zdobycia - dowódca rozejrzał się, jak zdawało się Bernhardowi, nerwowo. - Jeśli chcemy rozkręcić większe poszukiwania, to musimy zdobyć środki. Gruag żre więcej, niż sądziłem, a i Grom wzbogacił ostatnio dietę. Złupimy tych wariatów i będziemy jak dziadek Ludwig po bitwie pod Kamiennym Mostem. Wilfried od rana modli się o siłę.

Bernhard znał historię o Kamiennym Moście i nieraz marzył o podobnym zwycięstwie, ale słowa Gerharda uznał za tani chwyt. Zamilkł jednak chwilowo i podążył za ogrami.

Bełt przeleciał łokieć od niego i wbił się w pień drzewa. Ogry nawet się nie zatrzymały - nie zwykły przejmować się podobnymi rzeczami.

- Czekali na nas - mruknął Gerhard. - Nie zatrzymujemy się.
- Jasne, w sumie po co się rozglądać - zadrwił Franz. - Przecież wszystko jedno, kto do nas strzela.
- Przecież dobrze wiesz, kto! - warknął dowódca. - A co do reszty, to mnie interesuje głównie, skąd strzelają. Zdaje się, że to akurat wiemy. Zdaje mi się też, że słyszę z dala ujadanie jakichś psów. Rusz więc dupę, a dobiegniemy może za tamten mur, zanim nas powystrzelają.

Kolejny bełt przypomniał Bernhardowi, dlaczego nie cierpiał otwartych przestrzeni. Rzadko zdarzało mu się walczyć z uzbrojonym w łuki czy kusze wrogiem - wszak zwierzoludzie takich broni nie znali - ale wiedział, że w takich sytuacjach lepiej nie stać w otwartym polu. A tu nie było wyboru. Do najbliższej osłony mieli daleko, niezależnie od kierunku, w którym by podążali.

Krew trysnęła drobnymi kropelkami na twarz Franza. Gdyby bełt trafił w człowieka, być może skończyłoby się amputacją ramienia, ale ramię Gruaga zostało zrobione z twardszego materiału. Ogr tylko jęknął i bez słowa ułamał bełt tuż przy skórze.

- Się zagoi - burknął.
- Grom znaleźć tego, który strzelił do Zdechlak? - zapytał Grom z nadzieją w głosie. - Grom zrobić łomot i dać jego flaki dla Zdechlak na obiad. Wódz powiedział, że Grom zrobić łomot!
- Grom zrobić łomot - potwierdził Gerhard. - Ale teraz bądź tak dobry i biegnij jak najszybciej, żeby schować się tam za murem.

Spryciarz, pomyślał Bernhard. Właśnie zza tamtego muru nagłośniej dobiegało ujadanie psów. Ogry dobrze radziły sobie z taką sforą, jeśli tylko były wystarczająco szybkie, by zaatakować jako pierwsze.

Następny bełt przeleciał między nimi. Bernhard był pod wrażeniem precyzji strzelca. Szli bardzo zwartą grupą, a jednak trafiony został Reinhard, który szedł na samych tyłach. Jeśli łowcy czarownic pamiętali ich z awantury w karczmie, to wiedzieli, gdzie celować - garłacz Reinharda był bronią zawodną, ale przy odrobinie szczęścia śmiercionośną. Chłopak padł na ziemię - przytomny, ale lekko otumaniony.

- Reini?! - rzucił Franz w panice.
- Będę żył - zacharczał chłopak. - Lećcie beze mnie.
- Czekaj, chłopcze - odezwał się Wilfried. - Pozwól, że opatrzę ci tę ra...

Tym razem szybki strzał powalił kapłana. Spod gęstej rudej brody dobiegł tylko przeciągły jęk. Wilfried szczęśliwie upadł tuż za jakąś skleconą prymitywnie barykadą - wróg przynajmniej nie dosięgnie go ponownie.

- Kto wypuszcza te kurewskie strzały?! - zdenerwował się Franz. - Gerd, myślisz, że powinniśmy...
- Zamknij ryj i biegnij!

Bernharda ogarnęła panika. Nie pierwszy raz się bał. Tylko idioci i pijacy nie odczuwali strachu w otoczonej dziką puszczą rodzinnej wsi. Bernhard znał to uczucie od dziecka i od dziecka umiał je ukrywać. Ale panika - ten moment, kiedy już śmierć zagląda w oczy - to było zupełnie co innego. Puścił się dzikim pędem przed siebie, ledwie mając przed oczami oddalony o całe mile - jak się zdawało - mur. Jeszcze chwila. Jeszcze kilka kroków. Jeszcze tylko kilka kro...

Nie usłyszał już krzyku brata. Jego umysł ogarnęła ciemność.


***

Ciemność wciąż panowała, gdy Bernhard otworzył oczy. Obok niego leżał Reinhard, jęcząc przez sen z bólu, choć jego rany zdawały się niegroźne. Chłopak wciąż przyciskał do piersi garłacz.

Bernhard spróbował usiąść, ale zakręciło mu się w głowie. Rozłożył ręce i wymacał szorstką tkaninę - widać zanieśli ich do namiotu. Jęknął głośno. Czuł, że coś jest nie tak. Choć nie odczuwał żadnego bólu, czuł, że coś się zmieniło. Jeśli nie na zewnątrz, to w nim, gdzieś głęboko w środku.

- I co? - usłyszał za plecami spokojny głos Gerharda. - Lepiej się czujesz? Nie przejmuj się, udało nam się zarobić. Dojdziesz do siebie. Franz zaraz przyniesie trochę pi...
- Kurwa mać! Jak ci zaraz łomot spuszczę, ty pomiocie rogatego kozła, ty śmierdząca... - wrzasnął Bernhard, wymachując rękami. - Ja... ja... - rozejrzał się wokół, zdezorientowany, cichnąc nagle. - Nie wiem już, co się dzieje. - Zaczął gwałtownie drżeć.

- I jak tam z nim? - zagadnął Franz. - Kufelek na wzmocnienie może?
Gerhard odwrócił ku niemu pobladłą twarz.
- Boję się, że tu kufelek nie pomoże - szepnął i skinął głową na rozdygotanego kuzyna. - Na Taala, Franz, jeszcze nie widziałem go takiego. Jeśli nie dojdzie do siebie...
Franz obrzucił brata spojrzeniem. Na jego twarzy również pojawił się niepokój, ale po chwili zniknął. Franz nigdy nie przejmował się niczym zbyt długo. Zwykle umiał znaleźć rozwiązanie każdego problemu.
- Spokojnie, Gerd - klepnął kuzyna po plecach, wciąż ściskając kufel piwa w drugiej dłoni. - Chyba wiem, co robić. Tam w karczmie był taki typek, Rudi Meissner. Pamiętasz, mówiłeś, że takiemu za samą twarz już trzeba by wklepać. Dobrze, że jednak tego nie zrobiłeś. Przed chwilą pytał mnie, czy nie chcę kupić trochę karmazynowego cienia...

Szukaj

Ogłoszenia

Spotkania klubowe:

 

Wtorki, od godz. 19:00.

Soboty, od godz. 9:00.

Niedziele, od godz. 11:00.

 

(prosimy o upewnienie się, czy zajęcia w danym terminie nie zostały odwołane)

  

Pokazy i nauka gry:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

Warsztaty makietowe:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

***

Tu się spotykamy:

 

Staromiejski Dom Kultury w Warszawie,

Sala "Klubowa", I. piętro.

 

***

KLUBOWY KALENDARZ!

Pinterest!

Pinterest

DT na Facebooku

Kto online

Naszą witrynę przegląda teraz 66 gości 

Logowanie