Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #3

To była prawdziwa rzeź. Popiskujące i powarkujące stwory wyrosły nagle, jak spod ziemi wszędzie wokół grupki zbieraczy. Niektórzy starali się stawiać opór, ustawiając się plecami do siebie i próbując odpierać wściekłe ataki szczurowatych mutantów pałkami, kijami, zasłaniając się workami pełnymi przedmiotów wygrzebanych z ruin.
Mały Dieter miał szczęście. Żaden z potworów nie zwrócił na niego uwagi, kiedy padł na ziemię i przeczołgał się w ciemny kąt między kilkoma starymi beczkami a ścianą zrujnowanej karczmy. Odgłosy mordowanych towarzyszy były tak przerażające, że skulił się tam zasłaniając uszy i zamykając oczy. "Sigmarze, ratuj, Panie, ocal mnie!" - jego wargi poruszały się w bezgłośnej modlitwie.

Szef Quissk warknął głośno,ostrzegawczo, prostując się i unosząc wysoko nos. Jego wibrysy poruszały się niespokojnie, uszy strzygły na boki. Znad rzeki dobiegł go nieznajomy, niepokojący zapach. I znajome, choć nieco inne niż zwykle dźwięki, znienawidzone dźwięki ludzkiej mowy. Jego kamraci podbiegli w jego stronę, zatrzymując się w bezpiecznej odległości i pilnując, aby trzymać nosy niżej niż dowódca. Ich oczy pobłyskiwały czerwienią tym mocniej, im ciemniej robiło się wraz z szybko już zapadającym zmierzchem. Pyski jeszcze czerwieniły się od krwi, ten i ów wciąż jeszcze mlaskając gryzł i przełykał to, co przed chwilą szarpał ostrymi jak brzytwy siekaczami.

Szef Quissk zwany Niewidzialnym wykonał kilka gwałtownych ruchów ogonem i szczuroludzie rozpierzchli się miedzy budynkami, czając się w ciemnych kątach. Czekając na intruzów, których słychać było coraz bliżej. Quissk rozejrzał się wokół i oblizał nerwowo. Zasadzka była gotowa.

*

Szept dobywający się z mroku sprawiał, że Szef Quissk z trudem powstrzymywał się przed niekontrolowanym popuszczeniem moczu. Musiał go przecież oddać pod siebie dopiero na sam koniec rozmowy, na znak szacunku i uniżenia względem ważniejszego w hierarchii. Mimo doskonałego, przyzwyczajonego do przepatrywania ciemności wzroku z trudnością odróżniał kontury stojącej postaci - pomarszczona, ciemna szata trudnego do określenia koloru, kaptur, skrywający większą niż u przeciętnych Skavenów głowę, ogon, poruszający się w niepokojący, wężowy sposób, nikły poblask ostrza na jego końcu...
"Macie sprowadzić go żywego. Żywego, zrozumiałeś?" - szept przechodził momentami w metaliczny pisk, na dźwięk którego Szef Quissk jeszcze niżej opuszczał nos.
"Tak, panie, rozumiem. Żywego. Nie martwego o nie-nie. Jak najbardziej żywego, o tak-tak!"

Tę misję Szef Quissk zapamiętal na długo. To po niej na pysku pozostały mu do dziś piekące, nie do końca zabliźnione rany po elfim ostrzu. Paskudne elfy, ich paskudne miecze i ich paskudne strzały. Quissk znienawidził ich i poprzysiągł zemstę. Jednak na okazję do niej musiał czekać naprawdę długo...

*

Kapitan Ahab stał na mostku i z satysfakcją patrzył, jak jego ludzie sprawnie uwijają się na pokładzie okrętu. Choć była to średniej wielkości pinasa, omasztowaniem, jakością żagli i uzbrojeniem nie ustępowała wiele znacznie większym okrętom morskim. O jej wartości bojowej przekonał się już niejeden zadufany kapitańczyk kupieckiego statku, podobnie jak niejeden morski łowca nagród.

Po cztery sześciofuntowe bastardy na obu burtach, do tego kolejne osiem perier, znacznie lżejszych działek ładowanych kamiennymi kulami, ulokowanych na leżach pozwalających na szybkie przemieszczanie ich na jedną burtę. Salwa z dwunastu luf nadzorowanych przez Daggoo "Lunetę" potrafiła być naprawdę mordercza. Sprawdziła się wielokrotnie nie tylko na pełnym morzu, ale i w czasie podróży w górę rzeki.

Sytuacja po pożarze była już opanowana. Ładunek nie ucierpiał, poszycie zostało prowizorycznie załatane, na tyle, że statek brał już tylko połowę tego, co wcześniej. Kilkunastu niewolników stale pracowało z pompą, która okazała się warta swojej ceny - równej niemal połowie swojej wagi w srebrze. "Myśl techniczna z Tilei, kto by pomyślał, że te fircyki potrafią wymyślać takie rzeczy?"

Nowy bezan już prężył się na tylnym maszcie, łapiąc sprzyjający, pólnocno-zachodni wiatr. W oddali majaczyły zarysy Miasta Przeklętych, ulokowanego na sporym, bardzo malowniczo z tej strony wyglądającym wzniesieniu. "Może tam w końcu..." - mruknął pod nosem kapitan, a jego twarz przybrała surowy, zacięty wyraz.

"Ahoj, żagiel na horyzoncie" - krzyk jednego z marynarzy wyrwał Ahaba z zamyślenia. Kapitan wyciągnął lunetę i wymierzył ją w kierunku wskazanym przez majtka. Daleko, między ścianami lasu rosnącego po obu stronach Stiru płyneła łódź. Charakterystyczny, pojedynczy maszt z prostym żaglem. Z tej odległości nawet z użyciem lunety trudno było dostrzec szczegóły. Jednak Kapitan wiedział już, że jednostka płynąca przed nimi wspomaga się pracą przynajmniej trzydziestu par wioseł. Ludzie Północy. Ale co robią tak daleko w głębi lądu? W okolicy, w której nie ma bogatych wsi do plądrowania? A może dotarła już do nich sława Miasta Przeklętych i Czarnego Kamienia który można tam zdobyć? Tak czy inaczej, trzeba się przygotować. Ludzie Północy znani są ze swojej przebiegłości.

A chłopaka trzeba jakoś nagrodzić. naprawdę sokoli wzrok. Dodatkowa porcja rumu powinna zachęcić pozostałych do brania przykładu. Kapitan wiedział, że odpowiednia proporcja surowych kar i drobnych nagród to najlepsza gwarancja utrzymania dyscypliny na okręcie.

"Kapitanie, jakie rozkazy?" - wraz z dźwiekiem głosu Stubba "Cybucha" doleciał Ahaba ostro-słodki zapach palonej fajki. Aromatyczny dym z doskonałego tytoniu zdobytego na tłustej kupieckiej brygantynie z Marienburga. - "Ścigamy?"

"Skoro my ich dostrzegliśmy, oni z pewnością też dostrzegli nas." - Stwierdził oczywisty fakt Ahab. Jesteśmy od nich znacznie więksi. - "Zarządź gotowość bojową. Sprawdź się, a może zajmiesz miejsce Starbucka"

"Aj Kapitanie." - Cybuch nie okazał wyraźnego entuzjazmu, odwrócił się i skierował w stronę pokładu.
"I bez żadnych wygłupów. Prąd jest silny, burtową trudno będzie oddać." - rzucił za odchodzącym.

"Chyba, że tamci są pozbawieni rozumu." - mruknął do siebie. Wątpił jednak, aby tak było. Przywódca Ludzi Północy musiał być kimś wyjątkowym, skoro udało mu się dotrzeć tak daleko w głąb Imperium.

Brak Starbucka był dotkliwy. Ani Cybuch ani tym bardziej Słup nie miał takiego miru wśród ludzi. Rozkazy wykonywane były z wyraźnie mniejszym zaangażowaniem. "Co się stało z tym cholernym idiotą? Znów zobaczył kruka we śnie? Niech go chaos pochłonie...""

To myśląc kapitan skierował swoje kroki ku ładowni. Towarzyszący mu od kilkunastu dni wewnętrzny głos nakazywał mu upewnić się, czy ładunek wciąż jest nienaruszony...

Szukaj

Ogłoszenia

Spotkania klubowe:

 

Wtorki, od godz. 19:00.

Soboty, od godz. 9:00.

Niedziele, od godz. 11:00.

 

(prosimy o upewnienie się, czy zajęcia w danym terminie nie zostały odwołane)

  

Pokazy i nauka gry:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

Warsztaty makietowe:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

***

Tu się spotykamy:

 

Staromiejski Dom Kultury w Warszawie,

Sala "Klubowa", I. piętro.

 

***

KLUBOWY KALENDARZ!

Pinterest!

Pinterest

DT na Facebooku

Kto online

Naszą witrynę przegląda teraz 90 gości 

Logowanie