Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #13

Dowodzenie to ciężki kawałek chleba. Tak mawiał dziadek Ludwig. Gerhard pamiętał go jeszcze; wysuszony starzec w bujanym fotelu, z wąsami żółtymi od palenia fajki. Nawet do latryny nie mógł dojść bez laski. Ale historia jego życia i zwycięstw pozostała. Nikt, nawet starość, nie mógł odebrać Ludwigowi jego historii i jego chwały.

Nikt, nawet śmierć, nie może odebrać nam chwały. Gerhard powiedział kiedyś stryjowi, ojcu Franza i Bernharda - "Stryjku, ja chyba nie umrę, nie podoba mi się to". To było dawno, na pogrzebie kogoś ze wsi; zwierzoludzie niemal rozerwali tego człowieka na pół. Ale trumny bohaterów zawsze otwierano. Wiele dzieci płakało, niektórym matki zasłaniały oczy. Gerhard myślał tylko: "Nie podoba mi się to. Nie życzę sobie umierać.". Teraz jednak nie żył jeden z jego synów. Drugi z pobladłą twarzą opłakiwał go w głębi serca - Karl nie płakał, Karl też nie życzył sobie śmierci.

Ale chwała pozostanie, a śmierć zrobi, co zechce. I kiedy zechce. Ukrywali się w lesie od kilku dni, a śmierć zmieniła swoje podejście. Już nie była ryczącym potworem, tylko cichym cieniem, który powoli kładł się na ich kompanii. Głód zaczynał im doskwierać. Kuzyn Michael, jeden ze starszych myśliwych, zabrał na łowy swego stryjecznego bratanka, Roberta. Obaj byli doskonałymi łucznikami.

Las zdawał się spokojny. Z dala od złowieszczych ruin można było poczuć spokój. Nikt jednak go nie poczuł; głód, zmęczenie i rozpacz były zbyt dotkliwe. Robert i Michael nie mogli ustrzelić nawet królika. Franz i Bernhard trzymali się razem. Reinhard trzymał się blisko Gerharda - Franz spojrzał na kuzyna, nim się rozdzielili. Nie musiał nic mówić. Gerhard wiedział, że musi ochronić chłopca. Franz nie powstrzymał Paula przed szaleńczym biegiem na pewną śmierć. Gerhard jednak miał zamiar ocalić jego syna.

Ogr i Wilfried szli razem. Tak było najlepiej. Wprawdzie kapłan zahartował się podczas tej wyprawy ponad wszelkie oczekiwania, wciąż jednak nie był wojownikiem. Wilfried ledwo dotrzymywał kroku swemu ochroniarzowi, ale radził sobie w lesie bardzo dobrze. W końcu większość życia przeżył w lesie.

- Wodzu - ryknął Grom. - Zielony kamień. Dziwokamień. Grom znaleźć dziwokamień.
- W lesie? - zdziwił się Franz. - Ostatnie, czego bym się tu spodziewał.
- Dlaczego, rozprysk z komety był spory - mruknął zza drzewa Michael. - Prędzej znajdziemy tu ten kamień, niż zwierzynę. Niech to szlag, albo nic nie ma, albo za szybko zwiewa.

Coś cichutko świsnęło w powietrzu. Strzała z głośnym uderzeniem wbiła się w drzewo; drzazgi poleciały na Zdechlaka. Zwierzę zawarczało.

- Chyba ktoś tu był przed nami - zauważył Robert.
- Chyba nadal jest - sprostował Bernhard. - Wilfried, weź zobacz, co za strzała.
Kapłan podszedł do drzewa. Rozległ się drugi świst.
- Wiesz co, sam oceń - powiedział Wilfried wesoło i ułamał sterczącą mu z łydki strzałę tuż przy skórze.
- Faktycznie się skurwiel zahartował - gwizdnął z podziwem Bernhard. - Ty, ale ja nie wiem, co to jest.

Gerhard zamknął oczy. On wiedział, co to jest. Stryjeczny dziadek Georg miał w swej kolekcji różne strzały. Te najbardziej groźne pokazywał rzadko. Gerhard tylko raz widział strzałę wypuszczoną przez elfa. Nim doleciała do celu, elf leżał z toporem w głowie, ale strzała zdołała zabić jednego z parobków. Nawet złamana, wciąż robiła wrażenie.

- Dobra - zawołał do towarzyszy. - Nie mam zamiaru dać wam zginąć. Jeśli zobaczycie chudych skurwysynów z długimi spiczastymi uszami, a nie macie czym do nich strzelać, radzę wam paść na ziemię i czołgać się za najbliższą osłonę.

Ledwie skończył mówić, większość jego podwładnych padła. Z początku ucieszyło go to posłuszeństwo; potem ujrzał i Reinharda, leżącego u jego stóp, choć chłopak był dobrze ukryty w skalnej szczelinie. Oczy chłopca były szkliste, z nosa lało się ciurkiem, ale żył.

Dopiero wtedy Gerhard poczuł ten zapach. Słodki, nęcący, przyprawiał o zawroty głowy. Kwiaty miały lekko fioletowy kolor, wyglądały jak lekko zniekształcona koniczyna. Gerhard zdeptał wściekle roślinę.

- Kwiaty są dobre dla bab! - ryknął. - Omdleliście z powodu głupich chwastów? Wstawajcie, do ciężkiej cholery! Jeśli ich widzicie, to STRZELAJCIE!

Powoli jego towarzysze zaczęli się podnosić. Wilfried czołgał się po ziemi z trudem, ale niezłomnie. Świszczące w powietrzu elfie strzały nie pomagały ludziom się zebrać. Każdy starał się jak najdokładniej ukryć, ale precyzja elfów w wypuszczaniu strzał zdawała się być perfekcyjna. Nawet w pozornie niedostępnych miejscach zaroiło się od strzał. Wszystkie póki co chybiały celu, ale konsekwentnie trafiały coraz bliżej. Nie było trzeba nic więcej, by odebrać ludziom nadzieję. Łowcy stali za drzewem, bojąc się wychylić. Nikt nie kwapił się do jakiejkolwiek walki.

Coś błysnęło u stóp Gerharda. Dowódca pochylił się - to było pióro. Wyjątkowo wielkie pióro, błyszczące złotem w świetle słońca. Gerhard podniósł je ostrożnie i zobaczył, jak ziemia oddala się od jego stóp.

- Eee... stryju, ty latasz - odezwał się niepewnie Reinhard.
- O kurna - Gerhard natychmiast puścił pióro. Wylądował bezpiecznie - uniósł się tylko na odległość łokcia. - Co to jest?!
- Słyszałem o takiej legendarnej istocie - zawołał Wilfried, gramoląc się wreszcie pod skałę. - Wekki... czy jakoś tak... w życiu... tego... nie widziałem.
- Sami widzicie - zawołał Gerhard, ponownie biorąc do ręki pióro i wzlatując na chwilę ponad skałę, za którą z Reinhardem stali. - Wszyscy poza łowcami do mnie. A wy, chłopaki... Strzelajcie do nich, albo polecę wam wpie...

Nie musiał kończyć. Michael i Robert wreszcie wyszli zza drzewa i drżącymi dłońmi naciągnęli cięciwy. Puścili. Żaden elf nawet nie drgnął, za to odpowiedź powaliła na ziemię Roberta. Chłopak nie zdążył nawet jęknąć.

- NIE PRZERYWAĆ BIEGU - ryknął znów Gerhard. - Wszyscy DO MNIE!

Biegli szybko, ale nie dość szybko dla strzał elfów. Chwilę później Bernhard leżał na ziemi, bez oznak życia. Gerhard poczuł, że to koniec. Cokolwiek by teraz nie powiedział - nie mieli już żadnych szans.

Nie musiał nawet dawać rozkazu odwrotu. Panika zrobiła to za niego.

Kolejny raz wpadliśmy w gówno, pomyślał, wypuszczając z dłoni złote pióro. I kolejny raz w nim ugrzęźliśmy.


***
Głośne tupnięcie zwiastowało przybycie ogra. Jednak łupnięcie głośne jak zawalenie budynku zwiastowało przybycie więcej niż jednego ogra.

Gerhard podniósł oczy i ledwie uwierzył własnym oczom.

- Wodzuuuu! - ryknął Grom, szczęśliwy jak nigdy. - Wódz patrzeć! Gruag nie zginąć! Głupi wyvern nie zabić Gruag!
Istotnie, obok Groma stał Gruag - jak zwykle brzydki, cały w strupach i sińcach, ale sprawny i silny jak zawsze.
- Ja zjeść ten głupi wyvern - pochwalił się Gruag. - Głupie łowce czarownic zabrać złoto, a zostawić tyle mięso.
- Wódz musieć znów zapłacić Gruag! - zawołał Grom. - Gruag chce podwójnie, bo my go wtedy zostawić. Ale jak wódz zapłacić, to Gruag wrócić.
- Wódz nie mieć z czego zapłacić - odezwał się Franz łagodnie. - Niewiele udało nam się dziś zarobić. I tak dobrze, że ktoś w ogóle kupił te mizerne kamyczki.
- Z dwoma ogrami moglibyśmy znów wrócić do miasta - zauważył Bernhard, zawijając sobie bandaż na ramieniu. - Teraz nie ma co się tam nawet pchać.

Gerhard zastanawiał się tylko chwilę.
- Michael! Robert - zawołał. - Lećcie no biegiem do tego handlarza. Nie mógł odejść daleko. Zapytajcie, ile chce za te wasze łuki...

Szukaj

Ogłoszenia

Spotkania klubowe:

 

Wtorki, od godz. 19:00.

Soboty, od godz. 9:00.

Niedziele, od godz. 11:00.

 

(prosimy o upewnienie się, czy zajęcia w danym terminie nie zostały odwołane)

  

Pokazy i nauka gry:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

Warsztaty makietowe:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

***

Tu się spotykamy:

 

Staromiejski Dom Kultury w Warszawie,

Sala "Klubowa", I. piętro.

 

***

KLUBOWY KALENDARZ!

Pinterest!

Pinterest

DT na Facebooku

Kto online

Naszą witrynę przegląda teraz 29 gości 

Logowanie