Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #12

- Co ty, kurwa, wiesz o odszczurzaniu? - zarechotał Gruby Hermann. Jego wielkie brzuszysko trzęsło sie w rytm. Po chwili zamilkł lapiąc sie za zraniony bok.
Leżący na łóżku Hainrich próbował się zaśmiać, zamiast tego rozkaszlał się tylko. Przyłożył do ust chusteczkę, po chwili upstrzyły ją plamki krwi. Mimo niechęci jaką się darzyli wspólna walka i ciągłe zagrożenie zbliżyły ich do siebie. Obaj odnieśli rany w ostatniej potyczce ze skavenami i spędzali teraz wspólnie dużo czasu wracając do zdrowia. Rany Hainricha były poważne, mógł już nigdy nie powrócić do dawnej sprawności.
- Aldorf ma pomysł, żeby zamykać ich w malych szczelnych pomieszczeniach i dusić gazem - powiedział. - Nazywa to gass-komorą. Co o tym myślisz?
- Ciekawy pomysł, warto się nad tym zastanowić - zamyślił sie Hermann. - Pójdę już, odpoczywaj. Jesteś jeszcze osłabiony. Jeżeli będziesz potrzebował czegoś na uśmierzenie bólu daj znać - Hermann obrócił się w progu, mrugnął porozumiewawczo i znacząco pociągnął nosem.
Hainrich został sam, pogrążony w ponurych rozmyślaniach.
- Czy już na zawsze będzie kaleką? Zamknął oczy i przywołał w pamięci wydarzenia ostatnich dni. Wydarzenia, które doprowadziły go do takiego stanu.
***
- Skaveni od czoła! - wysłany na zwiad Schellenberg przycwałował na swoim wałachu. - Będą chcieli się przebić, nie ma innego wyjścia z tej ulicy.
- Przeklęty pomiot chaosu! - Aldorf nawet w takiej sytuacji nie omieszkał przekląć wrogów - Ilu ich jest?
- Naliczyłem prawie dwudziestu.
- ...jego mać - "Lokaj" najwyraźniej nie był zachwycony całą sytuacją.
- Zajmijcie pozycje i nie dajcie się otoczyć. - rozkaz Aldorfa został wykonany błyskawicznie.
Jego ludzie wiedzieli co maja robić. Strzelcy rozbiegli się na obie strony zrujnowanej ulicy szukając dla siebie dogodnych pozycji. Teren nie był wymarzony do obrony - niewielki placyk z pomnikiem jakiegoś dawnego lokalnego bohatera po środku, otoczony całkowicie bądź częściowo zrujnowanymi budynkami. Kupy gruzu i resztki płotów dawały szanse na prawie bezkarne zbliżenie się do obu domów, które zajęli obrońcy. W oddali było już widać przemykające jak cienie przygarbione sylwetki szczuroludzi. Kreatury podzieliły się na dwie grupy próbując najwyraźniej wziąć ich w dwa ognie.

Schellenberg wysunął się na środek placu i strzelił o jakiegoś niewidocznego dla innych celu. Pisk i rumor walącego się na ziemie ciała świadczył o jego dobrym oku. Strażnik dróg obrócił konia. Nie widział już jak trafiony szczuroczłek podnosi się i składa do strzału. Szczęśliwie dla niego, oszołomiony odniesioną ranną chybił o włos. Kamień trafił w pomnik lokalnego herosa wydobywając głośny metaliczny dźwięk.

- Amelynium - powiedział ze pewnością w głosie bezzębny zelota o wyglądzie rasowego menela.
- Zamknij się Ribbentrop! - skarcił go drugi - pilnuj, żeby żaden szczur nie wlazł przez okno, bo Hainrich urwie nam jaja.
Luthor Hess, modlący się opodal na klęczkach kapłan-wojownik Sigmara nie zwracał na nich uwagi. Ślady po ranach odniesionych w niedawnej walce z bandą kultystów Chaosu i ich zmutowanymi bestiami były już prawie niewidoczne. Sigmar najwyraźniej czuwał nad swoim sługą. Przeciwnicy, przekonani że nie żyje, zostawili go nieprzytomnego. Zanim pierzchli przed nadchodząca odsieczą zrabowali jedynie sakiewkę z datkami na świątynię zebranymi w czasie podróży. Niska cena za ocalone życie. Jeden z zelotów i pies bojowy walczący u boku Luthora nie mieli tyle szczęścia. Zostali na zawsze w tej zapadłej dziurze. Towarzysze spalili zmasakrowane zwłoki, aby nie splugawiły ich żadne włóczące się w tej okolicy kreatury.

Piętro wyżej w tym samym budynku Hainrich klął pod nosem nie mogąc znaleźć celu dla swojej kuszy. Przysuwał się coraz bliżej krawędzi zarwanej podłogi i ziejącej pod nią przepaści kończącej się zasypaną gruzem posadzką niższej kondygnacji, na której klęczał modlący się Hess. Sylwetki skavenów pojawiły się na mgnienie oka w drzwiach, oknach i przerwach między budynkami. Zbyt krótko aby oddać celny strzał.

W domu po drugiej stronie ulicy Aldorf i Wilhelm zajęli miejsca na piętrze. Dołu pilnowali dwaj ludzie pod wodzą Grubego Hermanna stojącego teraz na środku palcu obok Schellenberga. Obaj bezskutecznie próbowali ustrzelić którąś ze zwinnie przemykających sylwetek. Strażnik Dróg wypłoszył olbrzymiego szczura ukrytego za płotem. Bydle było wielkości średniego psa. Znieruchomiało na jego widok, bełt wbity w deski płotu obok łba momentalnie je otrzeźwił. Wyskoczyło na 2 stopy w górę, przebiegło całą szerokość placu, zwinnie klucząc pomiędzy zwałami kamieni, aby zniknąć za kupą gruzu obok budynku zajętego przez Altfdorfa i Wilhelma. Obie grupy skavenów były już blisko. Obrońcy słyszeli ich popiskiwania i tupot bosych łap na posadzkach sąsiednich budynków.

Wielki szczur, wypłoszony wcześniej przez Shchellenberga, wybiegł ze swojej kryjówki wskoczył przez okno rzucając się do gardła najbliższemu z ludzi. Cios bojowego cepa rozpłaszczył go na posadzce jak mokrą szmatę. Hermann z zadziwiająca na jego tuszę prędkością znalazł się w środku i przygwoździł bestię szpikulcem topora. Podniósł upuszczoną w progu kuszę, zarepetował ją stając w drzwiach gotowy do strzału.
Szczuroludzie, widząc powstałe zamieszanie zdecydowali się na śmiały atak. Wysypali się cała chmarą z ukrycia miotając w biegu kamienie z proc. Wdrapywali się na kupy gruzu w poszukiwaniu lepszych pozycji. Grad kamieni poleciał w kierunku łowców. Modlitwy Luthora zostały najwyraźniej wysłuchane - wszystkie pociski odbiły się od ścian bądź pancerzy nie czyniąc nikomu żadnej szkody. Za to wystrzelona w odpowiedzi porcja bełtów zebrała krwawe żniwo. Skaveni padali, staczali się z dopiero co zajętych podwyższeń brocząc obficie ciemną posoką. Parli jednak naprzód mimo strat. Masa futrzastych ciał i wyszczerzonych zębatych pysków była coraz bliżej.

Kolejna salwa skavenów oddana z bliższej odległości była celniejsza.

Wilhelm zaśmiał się widząc efekty swojego strzału. Trafiony skaven padł jak ścięte drzewo. Łowca repetował kuszę, kiedy w oknie domu po przeciwnej stronie ulicy pojawiła się sylwetka wielkiego szczuroczłeka wykonującego gwałtowny ruch owłosiona łapą. Wilhelmowi świat zawirował przed oczami, poczuł jeszcze jak spada w pustkę. Gruchnął z impetem na jakieś resztki mebli pomieszane z gruzem. Wypuszczona z rąk kusza roztrzaskała się obok. Ogarnęła go ciemność.

Zraniony kamieniem koń Schellenberga wierzgał jak szalony zrzucając w końcu rozpaczliwie broniącego się przed upadkiem jeźdźca. Grzmotnął o ziemie aż zadzwoniły okrywające jego ciało blachy pancerza. Spłoszone zwierze pognało wzdłuż ulicy. Schellenberg nie podnosił się.

Zaskowyczał trafiony pies. Wlokąc za sobą przetrącona łapę, Brutus, wczołgał się do budynku i spojrzał żałośnie na wciąż modlącego się Hessa. Za plecami Luthora zelota o wyglądzie menela i jego krzykliwy kolega odpierali wściekły atak dwóch skavenów, którzy wskoczyli przez okna. U ich stop leżała zraniona Blondi - ulubiony pies Aldorfa. Po chwili obok padł też jeden z ludzi. Kapłan wyciągnął dłoń w kierunku rannego Brutusa, zwierzę momentalnie stanęło na nogi i rzuciło wielkimi susami w kłębowisko walczących opodal ludzi i skavenów. Luthor bez zastanowienia podbiegł za nim. Ledwie dobiegł ściął się z jednym ze szczuroludzi. Zablokował dwa szybkie ciosy zadane trzymanymi w obu łapach pałkami. Trzeciego, wymierzonego trzymaną w ogonie odbić nie zdołał...
Drugi człowiek wykorzystał chwilowe zaskoczenie przeciwnika gdy pies zacisnął swe szczeki na jego nodze. Cios cepa wymiótł go za okno, przez które wcześniej wskoczył. Ostatni, osamotniony skaven zaatakował z furią, nie mając możliwości ucieczki. Zwijał się w unikach co chwila wyprowadzając ciosy. Jego nieludzka szybkość dawała mu przewagę na uzbrojonym w ciężki i nieporęczny cep człowiekiem.

Stoący w drugim budynku Hermann wiedział, że nie zdąży ponownie napiąć kuszy. Odrzucił ją na bok i sięgnął po opartą o ścianę tarczę. Zrobił to w ostatniej chwili, aby zasłonić się przed ciosem miecza wielkiego skavena o czarnym futrze. Hermann blokował swoim ciałem przejście przez drzwi, jednak inni szczuroludzie wskakiwali oknami aby zetrzeć się z czekającymi wewnątrz biczownikami. Z za jego pleców dobiegały krzyki i odgłosy zaciętej walki. Jeśli obrońcy budynku ulegną, on tez będzie zgubiony, nikt nie osłoni mu pleców. Czarny skaven był silny i szybki, atakował z wielką furią. Na pewno marzył aby zatopić swoje ostre kły w szyi Hermanna i pić jego ciepła krew. W końcu udałoby mu się to, gdyby nie ostatni pies łowców - Bobek. Bobek, wychowywany przez Wilhelma, swoje imię zawdzięczał ciągłemu paskudzeniu w najmniej spodziewanych miejscach. Było tak od szczeniaka i nie zmieniło się nawet kiedy wyrósł na potężne i silne psisko. Tak więc, Bobek skoczył na plecy czarnego skavena próbując wbić zęby w jego kark. Pchniecie krótkiego miecza zadane do tylu, pod pachą trafiło Bobka między żebra. Zaskowytał ale nie puścił, zaciskając mocnej szczeki. Hermann rąbnął z góry toporem w pochylonego pod ciężarem psa szczuroczłeka. Przeciął psie ciało ale dosięgnął tez przeciwnika. Obaj padli na ziemie. Bobek spaskudził się po raz ostatni wprost na czarne futro nieruchomego skavena. Łowca obrócił się w kierunku toczącej się za jego plecami walki. Ostatni stojący na nogach biczownik resztkami sił opierał się dwóm uzbrojonym we włócznie napastnikom. Hermann włączył się do walki krzycząc i rąbiąc jak oszalały. Zaskoczeni jego nadejściem przeciwnicy cofnęli się pod ścianę najwyraźniej szukając drogi ucieczki. Wtrącił bron jednemu z nich i szykował się do zadania ostatniego ciosu. Trzeci skaven przeskoczył nad ciałem Bobka i swego czarnego pobratymca. Wbiegł przez drzwi budynku, które niedawno blokował Hermann i z impetem pchnął go włócznią. Łowca wyczuł ruch za swoimi plecami, instynktownie uskoczył w lewo. Cios, który przebiłby go na wylot rozorał mu bok i z impetem cisnął o ścianę.

Piętro wyżej Altdorf wyczuł magię. Był wyczulony na takie rzeczy, włosy na karku stanęły mu dęba, skóra mrowiła. Gdzieś, wśród tej popiskującej ohydnej hałastry był czarownik. Łowca wypatrywał go wybierając cel do strzału. Nie mogąc namierzyć posługującej się magią kreatury obrał za cel skavena ładującego właśnie kamień do swej procy. Widział go wyraźnie - bliski, nieruchomy, nieświadomy nadchodzącej śmierci cel. Nie mógł chybić. A jednak...bełt przeleciał wysoko nad nim, odbił od kamiennej ściany i koziołkując upadł na bruk. Spłoszony skaven czmychnął za najbliższa osłonę. Altdorf uświadomił sobie, to on był celem złej magii. Od płotu za plecami nacierającej szczurzej bandy oderwała się przygarbiona odziana w szmaty sylwetka. Skryła się za rogiem obierając za cel magicznego ataku stojącego na dachu drugiego domu Hainricha. Aldorf napiął kusze i założył bełt.
- Już mi nie uciekniesz przeklęta kreaturo. Nein, nein...- mruczał składając się do strzału. Skaveński czarownik uniósł łapy wykonując nimi dziwne, skomplikowane gesty. Nie usłyszał nawet nadlatującego pocisku. Dostał prosto w głowę. Mózg i krew upstrzyły ścianę fantazyjnym wzorem. Żaden z jego braci nie zwrócił nawet uwagi na padające się za ich plecami ciało.

Luthor Hess z trudem uniósł powieki. W głowie pulsował tępy ból. Gdzieś obok, dosłownie o kilka kroków słyszał odgłosy walki. Próbował się poruszyć, ale jego własne ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Nie miał nawet siły obrócić obolałej głowy i ocenić kto wygrywa toczące się starcie. Przymknął oczy i zaczął modlitwę. Ledwie wyszeptał pierwsze z słowa z nieba spadł...Hainrich.

Stojący samotnie na dachu Hainrich widział wysypującą się z za rogu chmarę włochatych postaci. Ciśnięte w jego kierunku kamienie zagrzechotały o ściany wokół. Zdążył wystrzelić 2 razy w odpowiedzi kiedy trafiła go kolejna salwa szczuroludzi. Łowca zachwiał się, przechylił przez krawędź zarwanej podłogi i runął w dół lądując na kupie szmat i połamanych gratów, które choć trochę zamortyzowały upadek. Czuł jak chrupnęły mu pękające żebra a cale powietrze uciekło z płuc. Nie stracił jednak przytomności. Wyciągnął rękę po leżącą obok kuszę. Na szczęście była cała. Drugą dłonią zagarnął kilka rozsypanych obok bełtów i zaczął czołgać się wzdłuż ściany w kąt pomieszczenia. Trwała tu walka, biczownik i poharatany ale wciąż stojący na własnych łapach pies próbowali zabić ciskającego się w szale samotnego skavena. Wokół leżały ciała. Hainrich minął leżącego na plecach Luthora. Żył. Widział półprzymknięte powieki i poruszające usta. Dotarł wreszcie w kąt pomieszczenia. Z trudem obrócił się na plecy i usiadł oparty o ścianę. Wiedział jak mało czasu mu zostało. Skaveni, którzy strącili go z dachu za chwilę dobiegną aby dorżnąć swoją ofiarę.
- Nie umrzesz tu dziś! Nie poddawaj się! - myślał gorączkowo. Włożył stopę w strzemiączko kuszy. Chwyciwszy cięciwę w obie dłonie ciągnął krzycząc z bólu i nadludzkiego wysiłku. Nie mógł oprzeć broni o uszkodzone żebra, straciłby przytomność. W końcu mechanizm spustowy zaskoczył chwytając cięciwę. Drżącymi dłońmi założył pocisk. Na powtórzenie całej operacji nie będzie miał już siły ani czasu.

Aldorf widział spadającego w z dachu Hainricha i skavenów biegnących do budynku, w którym tamten zniknął. Odgłosy walki na parterze jego domu również cichły. Nie było już słychać ryku Hermanna. Czyżby poległ? Czyżby miał to być również koniec jego samego? Koniec marzeń i planów o wielkim wolnym od Chaosu Imperium, o wszystkich zjednoczonych pod znakiem Młota ludzkich nacjach scalonych w jedną 1000-letnią Rzeszę? Za chwilę sam będzie musiał stawić czoła szczuroludziom. Zacisnął dłoń na wiszącej na grubym łańcuchu Świętej Relikwii - Hakenkreutzu Srogiej Pomsty.
- Sigmarze, nie pozwól zatriumfować naszym wrogom. Wspomóż Twoje wierne sługi w godzinie próby...

Usta leżącego na posadzce rannego Luthora poruszały się wypowiadając słowa modlitwy:
...I dokonam srogiej pomsty w zapalczywym gniewie, na tych, którzy chcą zatruć i zniszczyć moich braci; i poznasz, że ja jestem Pan, gdy wywrę swoją zemstę na wrogach Imperium...

Jakby w odpowiedzi czaszka ostatniego broniącego się w tym samym pomieszczeniu skavena chrupnęła pod celnym ciosem słaniającego się już na nogach biczownika. Pies rzucił sie do gardła powalonego przeciwnika. Z za rogu wypadło się 4 napastników biegnących w ślad za strąconym z dachu Hainrichem. Ten czekał z napiętą przed momentem kuszą. Pierwszy skaven, pewny łatwej zdobyczy przeskoczył śmiało niskie resztki zburzonej ściany. Bełt trafił jego ramię w locie. Siła pocisku obróciła nim w powietrzu wokół własnej osi. W widowiskowy sposób runął na zalegający gruz wzbijając chmurę kurzu. Reszta szczurów momentalnie umknęła.

Atak szczuroludzi załamał się. Uciekali nie myśląc o dalszej walce i zwycięstwie, wymykającym się z ich łap. Odwrót nie był całkowicie bezładny. Dwójka z nich porwała w biegu ciało zarąbanego Bobka.
- Co te kreatury chcą z nim zrobić? - pomyślał obserwujący z góry cała scenę Aldorf.
Po chwili z ruin drugiego domu wyszedł słaniający się na nogach Hainrich, wsparty na jedynym stojącym o własnych siłach biczowniku. Towarzyszył im mocno poharatany pies. Z ruin wyczołgiwali się inni poranieni członkowie grupy. Cena za zwycięstwo była wysoka.

Szukaj

Ogłoszenia

Spotkania klubowe:

 

Wtorki, od godz. 19:00.

Soboty, od godz. 9:00.

Niedziele, od godz. 11:00.

 

(prosimy o upewnienie się, czy zajęcia w danym terminie nie zostały odwołane)

  

Pokazy i nauka gry:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

Warsztaty makietowe:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

***

Tu się spotykamy:

 

Staromiejski Dom Kultury w Warszawie,

Sala "Klubowa", I. piętro.

 

***

KLUBOWY KALENDARZ!

Pinterest!

Pinterest

DT na Facebooku

Kto online

Naszą witrynę przegląda teraz 40 gości 

Logowanie