Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #10

Wilfried siedział przy ognisku nieruchomo, wciąż wpatrując się w dogasające płomienie. O tej porze ogarniał go zwykle spokój. Głowa bolała go jeszcze, ale wiedział, że to skutek uboczny naparu, jaki zażył, by nie dopuścić do zakażenia rany. Nawet o powierzchowne zadrapania należało zadbać. W dziczy ludzie nieraz zarażali się strasznymi chorobami po małym ugryzieniu przez niepozorne zwierzę. Franz i Reinhard kilka godzin temu wybrali się do karczmy, Gerhard studiował mapę, Bernhard zapadł w płytki, niespokojny sen. Ogry gdzieś przepadły - zapowiedziały, że mają zamiar zjeść ususzonego na palu trupa centigora, którego minęli wracając do obozu.

Kapłan wyszeptał cicho słowa modlitwy. Zwykle nie mówił wiele, rozmawiając z Taalem. Taal mówił do niego poprzez naturę - rośliny, zwierzęta, powiewy wiatru i ciepłe deszcze. Nie oczekiwał od niego kwiecistych modlitw i klęczenia w świątyni. Był prawdziwy, był wszędzie, nawet w miejscach nietkniętych stopą człowieka. Szczególnie tam. Dawał ukojenie każdemu, kto zechciałby się do niego zwrócić. A Wilfried oddał mu swoje życie już dawno...

Franz i Reinhard wrócili w dobrych nastrojach; wydawali się nawet podekscytowani. Bernhard przebudził się i usiadł, spoglądając z wyczekiwaniem.

- Przykro mi - rzucił Franz. - Rudi nie żyje. Dźgnęli go nożem w tej zaszczanej bramie, wiesz, niedaleko Cmentarnej. Ale spokojnie, znajdę kogoś innego.
- Dam radę - mruknął jego brat.
- Tato - Reinhard szarpnął Franza za rękaw, jakby znów był małym dzieckiem. - Tato, powiedz im o...
- A właśnie - uśmiechnął się Franz. - To powinno ci się spodobać, Gerd. Weź oderwij się na chwilę od tej mapy. W karczmie mówili, że za cmentarzem jest nawiedzony dom.
- Bywa - Gerhard ledwie podniósł na niego wzrok. - Zwłaszcza w okolicach cmentarza.
- Ale stryju, poszliśmy tam! - wypalił Reinhard, podniecony. - Widzieliśmy z daleka. To nie jest żaden nawiedzony dom! Normalnie potwór tam mieszka, taki jak opowiadała babcia, wiesz, jak orkowie najechali Kripperstadt...
- W Kripperstadt, według wszelkich źródeł historycznych, była wyverna - odrzekł Gerhard. - A my jesteśmy w Mordheim. I nie widziałem tu orków.
- Cokolwiek to było, pragnę zwrócić uwagę na to, że potwory na ogół są zostawiane do pilnowania skarbów - zauważył Franz. - Zawsze warto sprawdzić.

Wilfried spojrzał na domniemanych kuzynów z niepokojem. Nie żal mu było potwora. Potwory stworzył Chaos, by zadać gwałt na naturze, tak ukochanej przez Taala. Wiedział, że bóg nie będzie mu miał za złe, jeśli weźmie udział w polowaniu na taką bestię. Ale intuicja podpowiadała mu, że skończy się to źle. Nie potrafił wyrazić, skąd wzięło się to przeczucie, ale było silne. A silne przeczucia zdarzały mu się rzadko i niemal zawsze się sprawdzały.

Głośny ryk zwiastował nadejście ogrów. Grom i Gruag śpiewali jakąś ogrzą piosenkę, przeżuwając ostatnie kawałki centigora. Byli wysmarowani krwią - aż dziw, że tyle jej jeszcze było w tym zeschłym trupie - i wyjątkowo zadowoleni.

- Mamy odpowiednie siły - Franz wskazał na ogry. - Można by spróbować.
- Teraz jesteście odważni, a co potem? - burknął Gerhard. - Poza ogrami większość z nas nie nawykła do widoku potworów. Zesracie się w gacie.
- Można by wziąć kogoś, kto się aż tak nie boi - Bernhard spojrzał na kuzyna znacząco. - Sam mówiłeś wczoraj, że Paul tylko żre i chleje. Wiesz, że jest tak głupi, że aż odważny, da sobie radę. Pamiętasz? Zabrałeś go tu, by zrobić z niego mężczyznę...
- Jak będziesz miał syna, to go poślij! - warknął Gerd. - Łatwo mówić komuś, kto nigdy nawet sobie baby nie znalazł.
- Ja swojego posłałem - odezwał się cicho Franz. - Nie miało być łatwo, prawda? Utrzymanie tej całej hałastry kosztuje. Kto chce jeść i pić, musi zapracować. Jeśli nie będziesz traktował każdego równo...

Wilfried zamknął oczy. Mroczna wizja zawładnęła nim całkowicie.

***

Wszystko szło zgodnie z planem. Gerhard zaplanował atak z góry - na szczęście od zrujnowanej wieży strażniczej do domu, który miał być leżem potwora, prowadziła kładka. Ogry miały iść przodem. Drewniana kładka wyglądała dość solidnie, ale na wszelki wypadek Gerd polecił Franzowi, Bernhardowi i Paulowi, by chwilowo zostali na dole. W razie niebezpieczeństwa mieli wspiąć się po linie na kładkę i dołączyć do reszty.

Niebezpieczeństwo niestety istniało - nie oni jedni dowiedzieli się o potworze wśród ruin. Z dala czaili się ludzie pod sztandarem Sigmara - inni niż ci, którzy tak haniebnie pokonali ich w polu parę dni wcześniej, ale równie niebezpieczni. Gdzieś wśród ruin huczały odgłosy walki - łowcy czarownic wyrzynali dzikusów z Północy, którzy również połasili się na domniemane skarby.

- Dobrze, że się biją - rzucił Reinhard. - Przyjdziemy, jak będą wszyscy osłabieni.
- To potwora mamy bić, chłopcze - zauważył Gerd. - Ludzie nas nie obchodzą.

Wilfried pokręcił głową. Mroczne wizje go opuściły, ale lęk pozostał. Zwykle nie odczuwał strachu - nie tak samo, jak inni ludzie - tym razem jednak ogarniał go dziwny smutek. Spojrzał przed siebie, na szerokie plecy Gruaga i czuł smutek. Spojrzał pod nogi, na kapelusz tkwiący krzywo na głowie Paula - i znów poczuł falę smutku. Potrząsnął głową i przełknął łzy, które całkiem bez powodu pojawiły się w jego oczach. Skoncentrował się na ryku potwora, dochodzącym ze zrujnowanego domu nieopodal.

Choć zdawało się to nieprawdopodobne, to istotnie była wyverna. Przynajmniej jeśli wierzyć rycinom ze starych ksiąg. Była oczywiście o wiele większa niż sobie wyobrażali. Taal nie pragnąłby, by tak wynaturzone stworzenie żyło na tej ziemi. Wilfried mógł mieć nadzieję, że dopomoże im w tej bitwie.

Z daleka rozległo się ujadanie sfory psów. To wystarczyło. Franz, Bernhard i Paul wrócili do wieży i wspięli się na kładkę. Gruag i Grom na szczęście zeszli już bezpiecznie na drugim końcu, wprost do leża stwora. Ostrzegawczy ryk zagłuszył nawet krzyki dzikusów i łowców z oddali. Psy ucichły, a większości Ostlandczyków zrzedły miny.

- Ej, Gruag - burknął Grom. - Pacz!
Głośne łupnięcie oznaczało zeskok na podłogę. Dla człowieka zeskok z pierwszego piętra mógłby zakończyć się tragicznie, ale Grom tylko stęknął, mimo niezbyt udanego lądowania.

Gruag nie zdążył tego zobaczyć. W bojowym szale rzucił się na potwora, który przysiadł niedaleko. Wilfried zamknął oczy i zaczął się modlić.

Taal odmówił pomocy. Gruag nie zdołał nawet trafić zwinnej wyverny i upadł z hukiem na ziemię, powalony serią potężnych uderzeń.

- Cholera - przeraził się Gerhard. - Nie tak miało być. Grom! Uciekaj!
- Grom pomóc Gruag! - zawołał ogr, unosząc broń.
- Grom, WON STAMTĄD! - ryknął Gerd.

Grom wycofał się niechętnie.

- Spokoooojnie, my się tym zajmiemy - Paul był w bardzo dobrym humorze. Ledwo patrzył pod nogi, biegnąc przed siebie. - Damy sobie radę, to maleństwo zaraz zapłacze.
- Paul, nie! - Gerhard nie zdążył złapać syna za ramię. Paul pobiegł już na drugą stronę kładki.
- Gdyby tak ktokolwiek mnie słuchał - dowódca rozpaczliwie rozejrzał się po towarzyszach. - Za nim!

Jak w zwolnionym tempie, oczom wszystkich ukazała się kolejna potworna scena. Wyverna zamachnęła się ogonem. Paul uniósł pustą butelkę po winie, zuchwale wpatrując się w ślepia bestii. Nie zdołał nawet się zamachnąć. Potężny ogon strącił go z piętra domu na ziemię, jakby był tylko szmacianą lalką.

- PAUL!

Nikt nie zwrócił uwagi na pierzchających w popłochu przybyszów z Północy. Nikt nie przyjrzał się ich oprawcom, którzy po cichu wkroczyli do domu, gotowi na kolejną walkę. Wszyscy spoglądali tylko na bezwładne ciało blondwłosego chłopca, leżące na podłodze w rosnącej kałuży krwi.

***

Chleb smakował popiołem. Wino smakowało krwią. Ostlandczycy siedzieli przy ogniu w milczeniu, większość zakryła twarze dłońmi. Gerhard wydawał się starszy o dziesięć lat. Kuzyni bali się spojrzeć mu w oczy.

- Mogłem go ocalić - w głosie dowódcy brzmiała pustka. - Mogłem go ocalić. Ci oprawcy...
- Podarowali mu bezbolesną śmierć - odezwał się Wilfried. - Rany były zatrute i zbyt poważne. Umierałby kilka godzin dłużej, w męczarniach. Tak było dla niego lepiej.
- Powiedz to Helenie, gdy wrócimy do domu - odrzekł cicho Gerhard. - Chcę, abyś powtórzył to kobiecie, która urodziła go w bólach siedemnaście lat temu i która kochała go bardziej, niż kogokolwiek, nawet swojego męża i drugiego syna.

Wilfried zrozumiał, że pora zamilknąć. Niepokój opuścił go już - wszystkie wizje się ziściły. Złe przeczucie nie zawiodło. Cóż z tego, jeśli zawiódł ten najważniejszy, któremu on, odarty z przeszłości człowiek, zawierzył wszystko?

Zawodzenie Groma było głośniejsze. Uciekając, musieli zostawić ciało Gruaga w ruinach. Było ich zbyt niewielu, by mogli go unieść. Jeśli nawet żył, gdy go zostawiali, zapewne został dobity przez łowców czarownic. Zdechlak wył razem ze swym panem, ale tym razem nikogo to nie zdenerwowało. Wszyscy byli zbyt przybici.

- Ty decydujesz, Gerd - odezwał się Bernhard. - Będziemy z tobą, jeśli zechcesz wrócić do domu. Ale ten koszmar nie skończy się tutaj. Nie zostawisz go za plecami, jeśli się odwrócisz i uciekniesz. Będzie szedł za tobą.

Gerhard podniósł na niego oczy, ale nie odpowiedział. Patrzył tylko przez chwilę, zanim po jego policzkach znów popłynęły łzy.

Szukaj

Ogłoszenia

Spotkania klubowe:

 

Wtorki, od godz. 19:00.

Soboty, od godz. 9:00.

Niedziele, od godz. 11:00.

 

(prosimy o upewnienie się, czy zajęcia w danym terminie nie zostały odwołane)

  

Pokazy i nauka gry:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

Warsztaty makietowe:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

***

Tu się spotykamy:

 

Staromiejski Dom Kultury w Warszawie,

Sala "Klubowa", I. piętro.

 

***

KLUBOWY KALENDARZ!

Pinterest!

Pinterest

DT na Facebooku

Kto online

Naszą witrynę przegląda teraz 35 gości 

Logowanie