Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #1

W karczmie Pod Czerwonym Psem było tego wieczora wyjątkowo tłoczno.
Ludzie oczekiwali z niecierpliwością na przybycie trupy teatralnej mającej odegrać sceny z ostatniej uczty księcia Steinhardta. Artyści jednak spóźniali się już 3 dni i nikt nie wiedział, dlaczego. Wielu zaczęło szeptać, że winę za to ponosi grupa łowców czarownic zajmująca całe piętro zajazdu - banda ponuraków, trzymających się razem i niechętnych do rozmów z kimkolwiek.

"Tfu, pies ich srał. Niechby ich co zeżarło w mieście... Gości straszą a sami groszem nie śmierdzą" - mruczał pod nosem stary Rudi. Rudi wyglądał tak, jakby pamiętał jeszcze czasy ksiecia Gottharda.

"Podobno w mieście znów pojawił się piszczący demon! Śmieciarze znaleźli ciała i znów to samo - trucizna! Tak, mówię wam, niedługo przyjdzie tutaj! Powiadają, że wyłazi spod ziemi, jak jaki kret!" - wokół chudego, rudego chłopaka zgromadziła się grupka słuchaczy. Młody Johann często bywał w mieście i zawsze przynosił stamtąd ciekawe wieści.
"I wiecie co jeszcze? Ktoś urwał głowę księciu Gotthardowi. Mówię wam, ani chyba jacyś plugawcy chaosu! Nie dość, że miecz dawno zaginął, to jeszcze teraz biedak stoi bez głowy. Ale rumak pod nim nadal jak żywy!"

"A wielkie szczury? Powiedz, widziałęś je?" - krzyknął ktoś od jednego ze stołów.

"Ja widzieć, nie widziałem. Ale stary wariat Schultz widział je nie raz. Staruszek zgłupiał do reszty. Mówi, że szczury z nim rozmawiają. Ha ha ha! Słyszałby kto! Gadające szczury!" - słuchacze młodego Johanna roześmiali się głośno. Jednak w smiechu tym dało się dosłyszeć nutki niepewności. Wszyscy słyszeli przeciez opowieści o szczurach wielkości ludzi, które opanowały kanały pod miastem i które o zmroku wychodzą w sobie tylko wiadomym celu na ulice.

"Dajcie więcej wodki!" - od jednego ze stolików dało się słyszeć tubalny głos jakiegoś łysego olbrzyma. Dziwne tam siedziało towarzystwo, podobno przybyli z dalekiego Kisleva. I podobno regularnie wyruszają do miasta...

"A wiecie, że siostrzyczki wciąż siedzą na Skale? Widziałem kilka na targu rybnym. Łaziły tu i tam z takimi wielkimi koszami. Jakby czego szukały?" - prawił swoim kompanom przy innym stoliku człowiek wyglądający na tubylca. "może grzybów szukały! maślaków! ha ha ha ha" - odpowiedział jeden z jego kompanów i wszyscy wokół zanieśli się śmiechem. Siostry z Twierdzy Na Skale znał każdy. Każdy smiał się z niewybrednych żartów na ich temat. I każdy się ich bał. Dlatego smiech zamarł natychmiast, kiedy w drzwiach karczmy pojawiła się gruba kapłanka w towarzystwie dwóch młodych kobiet. "Chwała Sigmarowi!" Zakrzyknęła gruba. "Chwała, chwała" - odezwały się głosy gości.


-*-

Następnego wieczora w karczmie Pod Czerwonym Psem, z racji marnego jedzenia nazywanej przez bywalców po prostu "Pod Psem" pojawili się niezwykli goście.

Czterech mężczyzn noszących się na ostlandzką modłę - o ile można to nazwać modłą - nie potraktowano by tu jako niezwykłych. Jednak podążające za nimi indywidua wzbudziły wyraźne zainteresowanie, pomieszane z nieudolnie ukrywaną rezerwą. Człowiek z jelenimi rogami na głowie i kosturem sprawiał wrażenie nieobecnego duchem. Nie odzywał się do nikogo, mamrocząc pod nosem sobie tylko wiadome słowa. Szedł stawiając kroki jakby inaczej, ostrożnie, patrząc pod nogi, zupełnie jakby omijał jakieś miejsca, w których nie chciał postawić stopy. Jednak to nie on sprawił, że w całej karczmie podniósł się szmer. Za rogatym dziwakiem szły ogry. Nie jeden ogr, co się czasem zdarzało w tych okolicach - ale dwa okazałe, potężne, wielkie jak konie, umięśnione i obwieszone bronią i ekwipunkiem OGRY.

Człowiek idący przodem wskazał stół, przy którym jeszcze przed chwilą siedziało kilku szemranych osobników, a który teraz, w nieomal magiczny sposób opustoszał. Ogry rozwaliły się na ławie po jednej stronie stołu, zajmując miejsce zwykle przeznaczone dla sześciu chłopa, a ich towarzysze zasiedli po przeciwnej stronie.

Przy stole natychmiast pojawiły się dwie pulchne dziewczyny, niosąc ciężkie tace na których stały pękate kufle z pieniącym się piwem.

Po chwili w karczmie znów rozbrzmiały głosy rozmów, śmiechy z grubiańskich żartów i przekleństwa przegrywających w kości. Przybysze, choć dziwni, najwyraźniej nie szukali zwady, a jedynie jadła i piwa.

Jednak po kilku kwadransach w sali jadalnej znów powstał szmer. Po schodach z pięter mieszkalnych zeszli Łowcy. Jak zwykle przodem szedł ten jegomość z wąsikiem, którego inni najwyraźniej uznawali za przywódcę.

Znów kilku szemranych jegomości nie wiedzieć kiedy ulotniło się z karczmy i znów jeden ze stołów okazał się być dostępny. A był to stół w przeciwnym rogu karczmy niz ten, przy którym rozsiedli się "Ostlandczycy".

Po chwili również na stole łowców pojawiło się piwo i pieczeń barania - danie tego dnia. Łowcy zajęli się piciem, jedzeniem i ożywioną konwersacją, z której co i ruch przebijało się rozemocjonowane "Nein! Nein!" człowieka z wąsikiem.

I wszystko byłoby dobrze...

...gdyby nie Zdechlak.

- "Gdzie być mój Zdechlak?!" - ryknał nagle jeden z ogrów - "Ja zgubić Zdechlaka!" - ogr wytrząsał zawartość sakwy na stół - wypadło z niej kilka kości, mocno obgryzione, suszone świńskie ucho i kilka brudnych szmat.

- "Gdzie być mój Zdechlak?!!"
- "Uspokój się, Grom - mężczyzna wygladający na przywódcę próbował udobruchać olbrzyma - "pewnie gdzieś tu się kręci..."

Istotnie, Zdechlak kręcił się.

Kiedy ogry zajęte były piwem i baraniną, Zdechlak niepostrzeżenie wylazł z sakwy, w której Grom zwykł nosić go w miejscach pełnych ludzi i zaczął węszyć pod stołami. Poszarpał chwilę za nogę jakiegoś zapijaczonego tubylca, odpoczywającego pod jednym ze stołów, ale gdy ten nie okazał zainteresowania zabawą, polazł dalej. Traf chciał, ze poniosło go w stronę stołu Łowców...

A była to chwila, kiedy wznosząc kolejny toast Aldorf Hycler zamierzał kolejny raz przekląć heretyków. Wstał, wykonał zamaszysty, teatralny gest poprawiania wąsa. I rozpoczął.

A raczej - próbował. Zdążył bowiem tylko dwa razy zakrzyknąć "Nein! Nein!" jako wstęp do kolejnej, niewatpliwie charyzmatycznej przemowy, kiedy poczuł, że coś ciepłego... wlewa mu się do buta.

Zdechlak nie robiąc sobie wiele z kwestii dobra i zła oraz czystości wiary Aldorfa zwyczajnie i po prostu sikał mu w cholewę buta.

Aldorf spurpurowiał, mimo niewątpliwego komizmu sytuacji zaden z jego kompanów nie roześmiał się. Przeciwnie, zamarli w przerażeniu wiedząc, do czego zdolny jest ich Przywódca.

Pistolet znalazł się w żylastej dłoni Aldorfa w ułamku sekundy. Drugi ułamek zajęło mu napięcie mechanizmu iglicy i naciśnięcie spustu.

Błysk, huk wystrzału, skowyt przerażonego Zdechlaka i ryk wściekłości szarżującego ogra były tylko preludium dla scen, które za chwilę rozegrały się tego wieczora w Karczmie Pod Czerwonym Psem.

Szukaj

Ogłoszenia

Spotkania klubowe:

 

Wtorki, od godz. 19:00.

Soboty, od godz. 9:00.

Niedziele, od godz. 11:00.

 

(prosimy o upewnienie się, czy zajęcia w danym terminie nie zostały odwołane)

  

Pokazy i nauka gry:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

Warsztaty makietowe:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

***

Tu się spotykamy:

 

Staromiejski Dom Kultury w Warszawie,

Sala "Klubowa", I. piętro.

 

***

KLUBOWY KALENDARZ!

Pinterest!

Pinterest

DT na Facebooku

Kto online

Naszą witrynę przegląda teraz 42 gości 

Logowanie