Fabularne

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #4

Nein, nein, nein, nein, nein!!! - Aldorf Hycler darł się na cale gardło waląc pięścią w rozklekotany stół aż podskakiwały stojące na nim cynowe kubki. Zgromadzeni w pokoju łowcy czarownic zdażyli już przyzwyczaic się do niekontrolowanych napadow furii swojego przywodcy. Były one rownie długotrwałe co gwałtowne. Nawet Blondi, ulubiony pies bojowy Hyclera, nie zwracal uwagi na wrzaski i teatralna wręcz gestykulacje swojego pana, grzejąc sie w cieple ognia plonacego w palenisku.
- Nie pozwole, zeby ktokolwiek pokrzyzowal nasze plany! Szegolnie inni łowcy. Albo sie do nas przyłacza albo spłoną na stosie razem z cala reszta tego heretyckiego scierwa! Najwazniejsza jest nasza misja. Bądźcie bez litości! Bądźcie brutalni! Racja jest po stronie silniejszego. Trzeba postępować z maksymalną surowością! - opadł na krzesło zmeczony swoja tyradą z purpurową z wysiłku twarzą. Otworzył szeroko usta aby zaczerpnac powietrza i wypluć z siebie kolejny potok słow.

- Aldorfie, - Gruby Hermann doskonale wykorzytsał ten moment aby przerwać jego wrzaski. Mógł sobie na to pozwolic jako jedyny ze zgromadzonych na naradzie łowcow. Znali sie od lat, jego pozycja wzrosla szczegolnie po tym jak zaslonil Altdorfa przed wystrzeloną przez heretyka kula. Hermann cudem przeżył, jednak pocisku nie udlao sie wyjac i rana nie dawała o sobie zapomniec odzywajac sie palcym bolem, ktory zaczal usmiezac Purpurowym Cieniem i alkoholem. Aldorf doskonale o tym wiedzial, jednak przymykal oko, po czesci z wdziecznosci, po czesci ze swiadomosci, iz sam nie jest pozbawiony rożnych slabosci.

- Zapewniam, mamy z Heinrihem wszystko pod kontrola. Prawda Heini?

Pytanie skierowane bylo do chudego łowcy, ktory wygladal bardziej na skrybe niz wojownika - calkowite przeciwenstwo Hermanna. Niejeden przeciwnik przypłacil taką błędna ocene zyciem. Heinrich byl bardzo ambitny, bezwzgledny, kochal intrygi i zadawanie bolu. Hermann wiedzial, gdyby Aldorfowi przydazyl sie jakis nieszczesliwy wypadek, bylby to jego glowny konkurent do objecia przywodztwa nad grupa. Ostani z obecnych, Wilhelm, z racji swojego niezbyt lotnego umyslu i sluzalczosci wobec Aldorfa, nazywany przez innych za plecami "Lokajem", byl za malo ambitny na włączenie sie w taka rozgrywke.

- Absolutnie, nie zaniedbalismy niczego - Heinrich nie dal po sobie poznac, jak bardzo nie lubi kiedy ta gruba, napedzana wódką i narkotykami swinia nazywa sie go Heinim. Nawet matka tak do niego nie mowila. Jeszcze sie kiedys policzymy - pomyslal. Nie teraz, grubasie, bedziesz mi jeszcze potrzebny.

- Innymi łowcami nie przejmowalbym sie zbytnio- kontynuowal, odpedzajac slodka mysl o zemscie - To my wiemy gdzie i czego szukać. Tamci nie maja pojecia o naszych planach. Pojawili sie w okolicy bo wszyscy odszczepiency tu ciagna, ludzac sie mozliwoscia znalezienia schronienia przed gniewem slug Sigmara i oczyszczajacym ogniem naszych stosow. Okolice mamy dobrze rozpoznana. Nie wiemy tylko co czeka nas w samym miescie. Jesli natrafimy na duzy opor mozemy sie z nimi sprzymierzyc i wykorzytac do naszych celow. Potem beda mogli odejsc. Gdyby zaczeli cos podejrzewac trzeba bedzie zrobic im noc dlugich nozy.

- Nasi ludzie znalezli slady skavenow w okolicy- odezwal sie Wilhelm. Te scierwojady nie wylaza ze swoich smierdzacych nor na powierzchnie bez powodu. Moga narobic nam klopotow. Nie zapominajmy też o heretyczkach. Maja swoja siedzibe w miescie, napewno zechca pokrzyżowac nasze plany. Trzeba kiedys wreszcie wypalic ten wrzod! - jego oczy na moment rozblysly fantycznym zapalem - Pomoc naszych współbraci moze okazac sie niezbedna.

- Kiedy nasza misja powiedzie się - Aldorf ozywil sie po chwili ciszy, bedziemymy mieli mozliwosci aby ostatecznie rozwiazac tę palącą kwestie. Nie ma na swiecie miejsca dla tych czczacych demony lafirynd! Zrobimy z nimi porzadek - jego glos w podnieceniu zaczynal przybierac coraz wyzsze tony. Wydawalo sie, ze zgromadzonych czeka wysluchanie kolejnej przemowy. Uratowalo ich walenie do drzwi. Nie czekajac na zaproszenie do srodka pewnym krokiem wszedl poteznie zbudowany mezczyzna z ogolona na lyso glowa. Jego szata, bron, sposób w jaki sie poruszal nie pozostawiala zludzen co do tego kim jest. Gdyby ktos takowe zludzenia mial wytauowane na potylicy "Sigmar mit uns" rozwiewalo je ostatecznie. Przynajmniej umiejacym czytac.

- Wybaczcie spoznienie bracia, bylem pograzony w modlitwie - przemowil tubalnym głosem Sigmaryta.

- Bracie Hess - wszyscy zebrani skienli glowami, Hermann,Hainrich i Wilhelm nawet mocniej niz bylo zyczajowo przyjete. Najprawdopodobniej nie tylko z prawdziwego szacunku dla nowoprzybyłego, ale rowniez w podziece za uratownie przed wysluchaniem kolejnego "kazania" Aldorfa.

- Luthorze, omowilismy już plan naszego dzialania. - Hycler, ku wyraznej uldze łowcow zgubił wątek dotyczacy ostecznych rozwiazan palących kwestii - Zapoznamy cie z nimi w drodze. Wiedz, ze płomien naszej wiary jest rownie mocny jak twoj ale liczymy na wstawienicto u naszego Pana. Bedzie nam potrzebne tam dokad sie udajemy. Jednoczy nas wiara, wspolny cel i wrog. Teraz nie tracmy juz czasu. Pora zebrac ludzi i rozpoczac oczyszcznie tego padolu z zalegającego w nim plugastwa.

- Kocham zapach płonącego stosu o poranku - powiedzial Hermann. Wszyscy pokiwali w zadumie glowami. Widzieli juz oczami wyobrazni smazacych sie na wolnym ogniu wznawcow Chaosu. Heinrich cieszyl sie najbardziej.

Add a comment

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #3

To była prawdziwa rzeź. Popiskujące i powarkujące stwory wyrosły nagle, jak spod ziemi wszędzie wokół grupki zbieraczy. Niektórzy starali się stawiać opór, ustawiając się plecami do siebie i próbując odpierać wściekłe ataki szczurowatych mutantów pałkami, kijami, zasłaniając się workami pełnymi przedmiotów wygrzebanych z ruin.
Mały Dieter miał szczęście. Żaden z potworów nie zwrócił na niego uwagi, kiedy padł na ziemię i przeczołgał się w ciemny kąt między kilkoma starymi beczkami a ścianą zrujnowanej karczmy. Odgłosy mordowanych towarzyszy były tak przerażające, że skulił się tam zasłaniając uszy i zamykając oczy. "Sigmarze, ratuj, Panie, ocal mnie!" - jego wargi poruszały się w bezgłośnej modlitwie.

Szef Quissk warknął głośno,ostrzegawczo, prostując się i unosząc wysoko nos. Jego wibrysy poruszały się niespokojnie, uszy strzygły na boki. Znad rzeki dobiegł go nieznajomy, niepokojący zapach. I znajome, choć nieco inne niż zwykle dźwięki, znienawidzone dźwięki ludzkiej mowy. Jego kamraci podbiegli w jego stronę, zatrzymując się w bezpiecznej odległości i pilnując, aby trzymać nosy niżej niż dowódca. Ich oczy pobłyskiwały czerwienią tym mocniej, im ciemniej robiło się wraz z szybko już zapadającym zmierzchem. Pyski jeszcze czerwieniły się od krwi, ten i ów wciąż jeszcze mlaskając gryzł i przełykał to, co przed chwilą szarpał ostrymi jak brzytwy siekaczami.

Szef Quissk zwany Niewidzialnym wykonał kilka gwałtownych ruchów ogonem i szczuroludzie rozpierzchli się miedzy budynkami, czając się w ciemnych kątach. Czekając na intruzów, których słychać było coraz bliżej. Quissk rozejrzał się wokół i oblizał nerwowo. Zasadzka była gotowa.

*

Szept dobywający się z mroku sprawiał, że Szef Quissk z trudem powstrzymywał się przed niekontrolowanym popuszczeniem moczu. Musiał go przecież oddać pod siebie dopiero na sam koniec rozmowy, na znak szacunku i uniżenia względem ważniejszego w hierarchii. Mimo doskonałego, przyzwyczajonego do przepatrywania ciemności wzroku z trudnością odróżniał kontury stojącej postaci - pomarszczona, ciemna szata trudnego do określenia koloru, kaptur, skrywający większą niż u przeciętnych Skavenów głowę, ogon, poruszający się w niepokojący, wężowy sposób, nikły poblask ostrza na jego końcu...
"Macie sprowadzić go żywego. Żywego, zrozumiałeś?" - szept przechodził momentami w metaliczny pisk, na dźwięk którego Szef Quissk jeszcze niżej opuszczał nos.
"Tak, panie, rozumiem. Żywego. Nie martwego o nie-nie. Jak najbardziej żywego, o tak-tak!"

Tę misję Szef Quissk zapamiętal na długo. To po niej na pysku pozostały mu do dziś piekące, nie do końca zabliźnione rany po elfim ostrzu. Paskudne elfy, ich paskudne miecze i ich paskudne strzały. Quissk znienawidził ich i poprzysiągł zemstę. Jednak na okazję do niej musiał czekać naprawdę długo...

*

Kapitan Ahab stał na mostku i z satysfakcją patrzył, jak jego ludzie sprawnie uwijają się na pokładzie okrętu. Choć była to średniej wielkości pinasa, omasztowaniem, jakością żagli i uzbrojeniem nie ustępowała wiele znacznie większym okrętom morskim. O jej wartości bojowej przekonał się już niejeden zadufany kapitańczyk kupieckiego statku, podobnie jak niejeden morski łowca nagród.

Po cztery sześciofuntowe bastardy na obu burtach, do tego kolejne osiem perier, znacznie lżejszych działek ładowanych kamiennymi kulami, ulokowanych na leżach pozwalających na szybkie przemieszczanie ich na jedną burtę. Salwa z dwunastu luf nadzorowanych przez Daggoo "Lunetę" potrafiła być naprawdę mordercza. Sprawdziła się wielokrotnie nie tylko na pełnym morzu, ale i w czasie podróży w górę rzeki.

Sytuacja po pożarze była już opanowana. Ładunek nie ucierpiał, poszycie zostało prowizorycznie załatane, na tyle, że statek brał już tylko połowę tego, co wcześniej. Kilkunastu niewolników stale pracowało z pompą, która okazała się warta swojej ceny - równej niemal połowie swojej wagi w srebrze. "Myśl techniczna z Tilei, kto by pomyślał, że te fircyki potrafią wymyślać takie rzeczy?"

Nowy bezan już prężył się na tylnym maszcie, łapiąc sprzyjający, pólnocno-zachodni wiatr. W oddali majaczyły zarysy Miasta Przeklętych, ulokowanego na sporym, bardzo malowniczo z tej strony wyglądającym wzniesieniu. "Może tam w końcu..." - mruknął pod nosem kapitan, a jego twarz przybrała surowy, zacięty wyraz.

"Ahoj, żagiel na horyzoncie" - krzyk jednego z marynarzy wyrwał Ahaba z zamyślenia. Kapitan wyciągnął lunetę i wymierzył ją w kierunku wskazanym przez majtka. Daleko, między ścianami lasu rosnącego po obu stronach Stiru płyneła łódź. Charakterystyczny, pojedynczy maszt z prostym żaglem. Z tej odległości nawet z użyciem lunety trudno było dostrzec szczegóły. Jednak Kapitan wiedział już, że jednostka płynąca przed nimi wspomaga się pracą przynajmniej trzydziestu par wioseł. Ludzie Północy. Ale co robią tak daleko w głębi lądu? W okolicy, w której nie ma bogatych wsi do plądrowania? A może dotarła już do nich sława Miasta Przeklętych i Czarnego Kamienia który można tam zdobyć? Tak czy inaczej, trzeba się przygotować. Ludzie Północy znani są ze swojej przebiegłości.

A chłopaka trzeba jakoś nagrodzić. naprawdę sokoli wzrok. Dodatkowa porcja rumu powinna zachęcić pozostałych do brania przykładu. Kapitan wiedział, że odpowiednia proporcja surowych kar i drobnych nagród to najlepsza gwarancja utrzymania dyscypliny na okręcie.

"Kapitanie, jakie rozkazy?" - wraz z dźwiekiem głosu Stubba "Cybucha" doleciał Ahaba ostro-słodki zapach palonej fajki. Aromatyczny dym z doskonałego tytoniu zdobytego na tłustej kupieckiej brygantynie z Marienburga. - "Ścigamy?"

"Skoro my ich dostrzegliśmy, oni z pewnością też dostrzegli nas." - Stwierdził oczywisty fakt Ahab. Jesteśmy od nich znacznie więksi. - "Zarządź gotowość bojową. Sprawdź się, a może zajmiesz miejsce Starbucka"

"Aj Kapitanie." - Cybuch nie okazał wyraźnego entuzjazmu, odwrócił się i skierował w stronę pokładu.
"I bez żadnych wygłupów. Prąd jest silny, burtową trudno będzie oddać." - rzucił za odchodzącym.

"Chyba, że tamci są pozbawieni rozumu." - mruknął do siebie. Wątpił jednak, aby tak było. Przywódca Ludzi Północy musiał być kimś wyjątkowym, skoro udało mu się dotrzeć tak daleko w głąb Imperium.

Brak Starbucka był dotkliwy. Ani Cybuch ani tym bardziej Słup nie miał takiego miru wśród ludzi. Rozkazy wykonywane były z wyraźnie mniejszym zaangażowaniem. "Co się stało z tym cholernym idiotą? Znów zobaczył kruka we śnie? Niech go chaos pochłonie...""

To myśląc kapitan skierował swoje kroki ku ładowni. Towarzyszący mu od kilkunastu dni wewnętrzny głos nakazywał mu upewnić się, czy ładunek wciąż jest nienaruszony...

Add a comment

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #2

Łódź przekroczyła zrujnowaną bramę rzeczną nocą. Tylko jedna, pomyślał Ragnarr, z czterech którymi wyruszyli na południe. Pierwszą stracili jeszcze na morzu szponów w czasie sztormu, nie miało już znaczenia, czy zniszczyła ją furia Merdemusa, pana sztormów, czy zaginęli przez sztuczki Tchara, Zmieniającego ścieżki. Kolejną mijając port, który południowcy nazywają Mariengburgiem. Thjostolf i jego załoga stanęli do nierównej walki pozwalając reszcie plemienia przepłynąć. Ich duchy ucztują już przy stole przodków. Przy mieście które kapłan nazwał Altdorfem rozdzielili się z Astrid, jej łódź odciągnęła imperialny pościg w górę Talabec, pozwalając reszcie spokojnie pożeglować dalej rzeką Stir. Jeśli bogowie pozwolą, jej załoga porzuci łódź i dotrze do miasta przeklętych lądem.
- „Tam, Twierdza na skale” – Ansgar wskazał ledwo widoczny cień na rzece - „Jeśli włócznie mają sigmaryccy heretycy, trzymają ją pewnie tam.”
Jarl uśmiechnął się lekko, pozostawienie kapłana przy życiu okazało się być dobrym pomysłem. Jak na południowca okazał się całkiem silnym i odważnym człowiekiem, a jego bóg, ten Ulric, nie wydawał się być skamlącym słabeuszem, jak reszta południowych bogów. Większość rodu zdążyła polubić Ansgara, a jego wiedza o imperium była na tyle pomocna, by zasłużył na wyzwolenie z niewoli.
- „Od strony rzeki się tam nie dostaniemy” - stwierdził Hrólf.
- „Na łuskowatą dupę Shornaala” - rzucił Floki - „Taka twierdza i tylko kobiety w niej? Wy południowcy nie macie jaj, że nikt tam jeszcze nie wtargnął?”
Kapłan skrzywił się na dźwięk imienia jednego z bogów chaosu.
- „I co byś zrobił po wtargnięciu tam?” - Hlagerd, żona Ragnarra spojrzała z uśmiechem na szkutnika - „Twój malutki mieczyk nie zaspokoiłby nawet podlotków”
Pozostałe tarczowniczki parsknęły śmiechem. Floki odwrócił się, ale zanim zdążył odpowiedzieć przerwał mu Bjórnolf
- „Tam, między budynkami” - syn Ragnarra wskazał wschodni brzeg rzeki. - „Ogień i głosy, ktoś tam walczy”

Add a comment

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #1

W karczmie Pod Czerwonym Psem było tego wieczora wyjątkowo tłoczno.
Ludzie oczekiwali z niecierpliwością na przybycie trupy teatralnej mającej odegrać sceny z ostatniej uczty księcia Steinhardta. Artyści jednak spóźniali się już 3 dni i nikt nie wiedział, dlaczego. Wielu zaczęło szeptać, że winę za to ponosi grupa łowców czarownic zajmująca całe piętro zajazdu - banda ponuraków, trzymających się razem i niechętnych do rozmów z kimkolwiek.

"Tfu, pies ich srał. Niechby ich co zeżarło w mieście... Gości straszą a sami groszem nie śmierdzą" - mruczał pod nosem stary Rudi. Rudi wyglądał tak, jakby pamiętał jeszcze czasy ksiecia Gottharda.

"Podobno w mieście znów pojawił się piszczący demon! Śmieciarze znaleźli ciała i znów to samo - trucizna! Tak, mówię wam, niedługo przyjdzie tutaj! Powiadają, że wyłazi spod ziemi, jak jaki kret!" - wokół chudego, rudego chłopaka zgromadziła się grupka słuchaczy. Młody Johann często bywał w mieście i zawsze przynosił stamtąd ciekawe wieści.
"I wiecie co jeszcze? Ktoś urwał głowę księciu Gotthardowi. Mówię wam, ani chyba jacyś plugawcy chaosu! Nie dość, że miecz dawno zaginął, to jeszcze teraz biedak stoi bez głowy. Ale rumak pod nim nadal jak żywy!"

"A wielkie szczury? Powiedz, widziałęś je?" - krzyknął ktoś od jednego ze stołów.

"Ja widzieć, nie widziałem. Ale stary wariat Schultz widział je nie raz. Staruszek zgłupiał do reszty. Mówi, że szczury z nim rozmawiają. Ha ha ha! Słyszałby kto! Gadające szczury!" - słuchacze młodego Johanna roześmiali się głośno. Jednak w smiechu tym dało się dosłyszeć nutki niepewności. Wszyscy słyszeli przeciez opowieści o szczurach wielkości ludzi, które opanowały kanały pod miastem i które o zmroku wychodzą w sobie tylko wiadomym celu na ulice.

"Dajcie więcej wodki!" - od jednego ze stolików dało się słyszeć tubalny głos jakiegoś łysego olbrzyma. Dziwne tam siedziało towarzystwo, podobno przybyli z dalekiego Kisleva. I podobno regularnie wyruszają do miasta...

"A wiecie, że siostrzyczki wciąż siedzą na Skale? Widziałem kilka na targu rybnym. Łaziły tu i tam z takimi wielkimi koszami. Jakby czego szukały?" - prawił swoim kompanom przy innym stoliku człowiek wyglądający na tubylca. "może grzybów szukały! maślaków! ha ha ha ha" - odpowiedział jeden z jego kompanów i wszyscy wokół zanieśli się śmiechem. Siostry z Twierdzy Na Skale znał każdy. Każdy smiał się z niewybrednych żartów na ich temat. I każdy się ich bał. Dlatego smiech zamarł natychmiast, kiedy w drzwiach karczmy pojawiła się gruba kapłanka w towarzystwie dwóch młodych kobiet. "Chwała Sigmarowi!" Zakrzyknęła gruba. "Chwała, chwała" - odezwały się głosy gości.


-*-

Następnego wieczora w karczmie Pod Czerwonym Psem, z racji marnego jedzenia nazywanej przez bywalców po prostu "Pod Psem" pojawili się niezwykli goście.

Czterech mężczyzn noszących się na ostlandzką modłę - o ile można to nazwać modłą - nie potraktowano by tu jako niezwykłych. Jednak podążające za nimi indywidua wzbudziły wyraźne zainteresowanie, pomieszane z nieudolnie ukrywaną rezerwą. Człowiek z jelenimi rogami na głowie i kosturem sprawiał wrażenie nieobecnego duchem. Nie odzywał się do nikogo, mamrocząc pod nosem sobie tylko wiadome słowa. Szedł stawiając kroki jakby inaczej, ostrożnie, patrząc pod nogi, zupełnie jakby omijał jakieś miejsca, w których nie chciał postawić stopy. Jednak to nie on sprawił, że w całej karczmie podniósł się szmer. Za rogatym dziwakiem szły ogry. Nie jeden ogr, co się czasem zdarzało w tych okolicach - ale dwa okazałe, potężne, wielkie jak konie, umięśnione i obwieszone bronią i ekwipunkiem OGRY.

Człowiek idący przodem wskazał stół, przy którym jeszcze przed chwilą siedziało kilku szemranych osobników, a który teraz, w nieomal magiczny sposób opustoszał. Ogry rozwaliły się na ławie po jednej stronie stołu, zajmując miejsce zwykle przeznaczone dla sześciu chłopa, a ich towarzysze zasiedli po przeciwnej stronie.

Przy stole natychmiast pojawiły się dwie pulchne dziewczyny, niosąc ciężkie tace na których stały pękate kufle z pieniącym się piwem.

Po chwili w karczmie znów rozbrzmiały głosy rozmów, śmiechy z grubiańskich żartów i przekleństwa przegrywających w kości. Przybysze, choć dziwni, najwyraźniej nie szukali zwady, a jedynie jadła i piwa.

Jednak po kilku kwadransach w sali jadalnej znów powstał szmer. Po schodach z pięter mieszkalnych zeszli Łowcy. Jak zwykle przodem szedł ten jegomość z wąsikiem, którego inni najwyraźniej uznawali za przywódcę.

Znów kilku szemranych jegomości nie wiedzieć kiedy ulotniło się z karczmy i znów jeden ze stołów okazał się być dostępny. A był to stół w przeciwnym rogu karczmy niz ten, przy którym rozsiedli się "Ostlandczycy".

Po chwili również na stole łowców pojawiło się piwo i pieczeń barania - danie tego dnia. Łowcy zajęli się piciem, jedzeniem i ożywioną konwersacją, z której co i ruch przebijało się rozemocjonowane "Nein! Nein!" człowieka z wąsikiem.

I wszystko byłoby dobrze...

...gdyby nie Zdechlak.

- "Gdzie być mój Zdechlak?!" - ryknał nagle jeden z ogrów - "Ja zgubić Zdechlaka!" - ogr wytrząsał zawartość sakwy na stół - wypadło z niej kilka kości, mocno obgryzione, suszone świńskie ucho i kilka brudnych szmat.

- "Gdzie być mój Zdechlak?!!"
- "Uspokój się, Grom - mężczyzna wygladający na przywódcę próbował udobruchać olbrzyma - "pewnie gdzieś tu się kręci..."

Istotnie, Zdechlak kręcił się.

Kiedy ogry zajęte były piwem i baraniną, Zdechlak niepostrzeżenie wylazł z sakwy, w której Grom zwykł nosić go w miejscach pełnych ludzi i zaczął węszyć pod stołami. Poszarpał chwilę za nogę jakiegoś zapijaczonego tubylca, odpoczywającego pod jednym ze stołów, ale gdy ten nie okazał zainteresowania zabawą, polazł dalej. Traf chciał, ze poniosło go w stronę stołu Łowców...

A była to chwila, kiedy wznosząc kolejny toast Aldorf Hycler zamierzał kolejny raz przekląć heretyków. Wstał, wykonał zamaszysty, teatralny gest poprawiania wąsa. I rozpoczął.

A raczej - próbował. Zdążył bowiem tylko dwa razy zakrzyknąć "Nein! Nein!" jako wstęp do kolejnej, niewatpliwie charyzmatycznej przemowy, kiedy poczuł, że coś ciepłego... wlewa mu się do buta.

Zdechlak nie robiąc sobie wiele z kwestii dobra i zła oraz czystości wiary Aldorfa zwyczajnie i po prostu sikał mu w cholewę buta.

Aldorf spurpurowiał, mimo niewątpliwego komizmu sytuacji zaden z jego kompanów nie roześmiał się. Przeciwnie, zamarli w przerażeniu wiedząc, do czego zdolny jest ich Przywódca.

Pistolet znalazł się w żylastej dłoni Aldorfa w ułamku sekundy. Drugi ułamek zajęło mu napięcie mechanizmu iglicy i naciśnięcie spustu.

Błysk, huk wystrzału, skowyt przerażonego Zdechlaka i ryk wściekłości szarżującego ogra były tylko preludium dla scen, które za chwilę rozegrały się tego wieczora w Karczmie Pod Czerwonym Psem.

Add a comment

Szukaj

Ogłoszenia

Spotkania klubowe:

 

Wtorki, od godz. 19:00.

Soboty, od godz. 9:00.

Niedziele, od godz. 11:00.

 

(prosimy o upewnienie się, czy zajęcia w danym terminie nie zostały odwołane)

  

Pokazy i nauka gry:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

Warsztaty makietowe:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

***

Tu się spotykamy:

 

Staromiejski Dom Kultury w Warszawie,

Sala "Klubowa", I. piętro.

 

***

KLUBOWY KALENDARZ!

Pinterest!

Pinterest

DT na Facebooku

Kto online

Naszą witrynę przegląda teraz 21 gości 

Logowanie