Fabularne

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #9

- To był prawdziwy blitzkrieg, Aldorfie - "Lokaj" po raz kolejny udowadniał trafność swojego przezwiska - genialnie wybrałeś teren i ustawiłeś ludzi do walki z tymi kmiotami i ich spasionymi ogrami.
Aldorf, wyjątkowo łasy na pochlebstwa pod swoim adresem uśmiechał się pod starannie przystrzyżonym wąsikiem. Musiał przyznać, że mimo jego niekwestionowanego taktycznego geniuszu walka poszła łatwo. Za łatwo...
- Nie okazali należytego szacunku i spotkała ich za to kara. Te prostaki zastanowią się następnym razem zanim wejdą w drogę komuś takiemu jak ja. Niech się cieszą, bo wykpili się wyjątkowo tanim kosztem.

Teren był sprzyjający dla strzelców - Aldorf rozpamiętywał w myślach niedawną potyczkę. Rozstawił kuszników w ruinach dających dobre pole widzenia i osłonę przed wrogim ostrzałem. Reszta ludzi pod dowództwem Hermanna czekała w ukryciu gotowa do ataku na próbującego zbliżyć się przeciwnika. Spuszczone psy myszkowały w ruinach.

Schellenberg, strażnik dróg, którego łowcy wynajęli jako zwiadowcę udowodnił swoją przydatność. Wart był każdej wydanej na jego usługi korony. Wypatrzył i ostrzelał napotkanych Ostlandczyków ze swojej kuszy. Potem wycofał się sprytnie wciągając ich prosto w zastawioną pułapkę. Ogry ruszyły z rykiem aż wylatywała w powietrze trawa wyrywana spod ich stop. Aldorf zatrząsł się w duchu na samo wspomnienie tych bestii. Widział jak wystrzelony z kuszy bełt wbił się w ramie jednego z nich. Olbrzym nawet nie zwolnił, wyrwał jedynie pocisk z rany i popędził dalej. Przerażała go i jednocześnie fascynowała ich brutalna nieokiełznana siła. Mimo swojej tępoty stwory mogły okazać się cennymi sprzymierzeńcami. Może kiedyś wynajmę takiego ochroniarza? Mając to monstrum za plecami wzbudzałbym jeszcze większy respekt w całym napotkiwanym motłochu i stającym na mojej drodze przciwnikach.

Pociski z ich kusz wylatywały co chwila w kierunku pędzących Ostlandczyków. Aldorf, niczym mityczny bohater z zamierzchłych czasów stał na podwyższeniu prawie nie kryjąc się przed ostrzałem. To, że przeciwnik nie strzelał, gdyż najwyraźniej poza garłaczem - bronią o małym zasięgu - nie miał z czego strzelać, wcale mu nie przeszkadzało w takim wyobrażeniu swojej osoby. Jego strzelcy wiedzieli kogo należy wyeliminować w pierwszej kolejności. Najgroźniejszy wydawał się cudak z jelenimi rogami na głowie. Sigmar jeden wie jakie diabelskie sztuczki mógł mieć w zanadrzu? Kolejnym celem był młody chłopak uzbrojony w garłacz. Broń równie groźną co zawodną. Atakujących było zaledwie siedmiu jednak dwa ogry stanowiły wystarczający powód do jak najdłuższego unikania bezpośredniego starcia. Wątpił czy łowcom udałoby się powstrzymać uderzenie takiej masy mięśni, chociaż przewaga liczebna była po ich stronie. Nawet psy, rzucające się zazwyczaj bez chwili wahania na każdego przeciwnika teraz siedziały zdezorientowane za niskimi ruinami jakiegoś budynku nie myśląc nawet o wystawieniu stamtąd choćby końcówki ogona. Szczekały i powarkiwały tylko od czasu do czasu, jednak bez większego zapału, wyraźnie wyczuwając zagrożenie.

Celny strzał położył chłopaka z garłaczem. Kolejna salwa okazała się już zabójcza. Najbardziej dla morale atakujących kmiotków. Hainrich trafił jednego z biegnących ludzi, któremu udało się jednak odczołgać za jakaś zasłonę. Sam Aldorf ustrzelił cudaka z jelenimi rogami na głowie. Reszta bandy rozpierzchła sie jak owce przed atakującym wilkiem. Udało im się jednak wywlec trafionych towarzyszy. Było po walce...

-Szkoda, ze nie mogłem dorżnąć rannych - pomyślał szczerze zmartwiony Hainrich. Gdyby tak udało się wziąć któregoś żywcem - rozmarzył się na moment. Jeszcze kiedyś ich dopadnę.
Na długą listę jego wrogów trafiły kolejne osoby...

Add a comment

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #8

Ciche skomlenie psa działało na nerwy większości kompanii. Jako jeden z nielicznych, Grom z nietypowym dla ogra współczuciem spoglądał na swego przyjaciela. Zdechlak żył, ale strzał łowcy czarownic wyraźnie go wystraszył i rozharatał skórę na grzbiecie. Również Wilfried nie zdradzał oznak zdenerwowania. Przyzwyczajony przez lata do towarzystwa zwierząt, ze spokojem opatrzył ranę Zdechlaka i ponownie zapadł we właściwe sobie milczenie. Kapłan nieczęsto się odzywał, choć niemal cały czas się modlił. W dalszych krewnych wzbudzał raczej lęk niż zaufanie, jednak Gerhard upierał się przy jego towarzystwie. Bernhard wzruszył ramionami. Coś od rana budziło jego niepokój, ale starał się to ukryć. Nie było to spowodowane obecnością kapłana, ogrów czy nawet skowytem nieszczęsnego psa. Nie przepadał po prostu za otwartymi przestrzeniami i liczył bardzo, że w Mordheim akurat ich uniknie. Niestety, los i rozkaz Gerharda rzuciły go znowu w zupełnie niewłaściwe miejsce.

Trudno było nazwać to miejsce miastem. Wyglądało tak, jakby wszyscy bogowie Chaosu spierali się o jego przeznaczenie. Dwie zrujnowane kamienice stały niemal w szczerym polu. Nieopodal jakieś prymitywne stworzenia - orkowie albo zwierzoludzie - zbudowały niewielką strażnicę. Prócz tego płaski teren porastały niskie drzewa. Drzewa w Mordheim w niczym nie przypominały tych, które krewniacy z Ostlandu widywali u siebie. Całą tutejszą roślinność toczyła jakaś choroba. Dla Bernharda, niemłodego już i zaprawionego w boju, była bardziej niepokojąca niż rozwleczone na każdym rogu wyprute flaki.

- Słuchaj Gerd, popraw mnie, jeśli się mylę - odezwał się do swego kuzyna i dowódcy. - Pies Groma naszczał do buta któremuś z tych szurniętych fanatyków. Gdyby facet był lepszym strzelcem, może pozbylibyśmy się problemu, a ty chcesz ścigać ich po tej cholernej wsi, bo na miasto toto nie wygląda?
- Przecież nie o psa tu idzie - zdenerwował się Gerhard. - Słyszałeś, co oni tam wtedy mruczeli pod nosem?
- Wiesz, w knajpie zwykle koncentruję się na piciu...
- No to ci mówię, że jest trochę złota do zdobycia - dowódca rozejrzał się, jak zdawało się Bernhardowi, nerwowo. - Jeśli chcemy rozkręcić większe poszukiwania, to musimy zdobyć środki. Gruag żre więcej, niż sądziłem, a i Grom wzbogacił ostatnio dietę. Złupimy tych wariatów i będziemy jak dziadek Ludwig po bitwie pod Kamiennym Mostem. Wilfried od rana modli się o siłę.

Bernhard znał historię o Kamiennym Moście i nieraz marzył o podobnym zwycięstwie, ale słowa Gerharda uznał za tani chwyt. Zamilkł jednak chwilowo i podążył za ogrami.

Bełt przeleciał łokieć od niego i wbił się w pień drzewa. Ogry nawet się nie zatrzymały - nie zwykły przejmować się podobnymi rzeczami.

- Czekali na nas - mruknął Gerhard. - Nie zatrzymujemy się.
- Jasne, w sumie po co się rozglądać - zadrwił Franz. - Przecież wszystko jedno, kto do nas strzela.
- Przecież dobrze wiesz, kto! - warknął dowódca. - A co do reszty, to mnie interesuje głównie, skąd strzelają. Zdaje się, że to akurat wiemy. Zdaje mi się też, że słyszę z dala ujadanie jakichś psów. Rusz więc dupę, a dobiegniemy może za tamten mur, zanim nas powystrzelają.

Kolejny bełt przypomniał Bernhardowi, dlaczego nie cierpiał otwartych przestrzeni. Rzadko zdarzało mu się walczyć z uzbrojonym w łuki czy kusze wrogiem - wszak zwierzoludzie takich broni nie znali - ale wiedział, że w takich sytuacjach lepiej nie stać w otwartym polu. A tu nie było wyboru. Do najbliższej osłony mieli daleko, niezależnie od kierunku, w którym by podążali.

Krew trysnęła drobnymi kropelkami na twarz Franza. Gdyby bełt trafił w człowieka, być może skończyłoby się amputacją ramienia, ale ramię Gruaga zostało zrobione z twardszego materiału. Ogr tylko jęknął i bez słowa ułamał bełt tuż przy skórze.

- Się zagoi - burknął.
- Grom znaleźć tego, który strzelił do Zdechlak? - zapytał Grom z nadzieją w głosie. - Grom zrobić łomot i dać jego flaki dla Zdechlak na obiad. Wódz powiedział, że Grom zrobić łomot!
- Grom zrobić łomot - potwierdził Gerhard. - Ale teraz bądź tak dobry i biegnij jak najszybciej, żeby schować się tam za murem.

Spryciarz, pomyślał Bernhard. Właśnie zza tamtego muru nagłośniej dobiegało ujadanie psów. Ogry dobrze radziły sobie z taką sforą, jeśli tylko były wystarczająco szybkie, by zaatakować jako pierwsze.

Następny bełt przeleciał między nimi. Bernhard był pod wrażeniem precyzji strzelca. Szli bardzo zwartą grupą, a jednak trafiony został Reinhard, który szedł na samych tyłach. Jeśli łowcy czarownic pamiętali ich z awantury w karczmie, to wiedzieli, gdzie celować - garłacz Reinharda był bronią zawodną, ale przy odrobinie szczęścia śmiercionośną. Chłopak padł na ziemię - przytomny, ale lekko otumaniony.

- Reini?! - rzucił Franz w panice.
- Będę żył - zacharczał chłopak. - Lećcie beze mnie.
- Czekaj, chłopcze - odezwał się Wilfried. - Pozwól, że opatrzę ci tę ra...

Tym razem szybki strzał powalił kapłana. Spod gęstej rudej brody dobiegł tylko przeciągły jęk. Wilfried szczęśliwie upadł tuż za jakąś skleconą prymitywnie barykadą - wróg przynajmniej nie dosięgnie go ponownie.

- Kto wypuszcza te kurewskie strzały?! - zdenerwował się Franz. - Gerd, myślisz, że powinniśmy...
- Zamknij ryj i biegnij!

Bernharda ogarnęła panika. Nie pierwszy raz się bał. Tylko idioci i pijacy nie odczuwali strachu w otoczonej dziką puszczą rodzinnej wsi. Bernhard znał to uczucie od dziecka i od dziecka umiał je ukrywać. Ale panika - ten moment, kiedy już śmierć zagląda w oczy - to było zupełnie co innego. Puścił się dzikim pędem przed siebie, ledwie mając przed oczami oddalony o całe mile - jak się zdawało - mur. Jeszcze chwila. Jeszcze kilka kroków. Jeszcze tylko kilka kro...

Nie usłyszał już krzyku brata. Jego umysł ogarnęła ciemność.


***

Ciemność wciąż panowała, gdy Bernhard otworzył oczy. Obok niego leżał Reinhard, jęcząc przez sen z bólu, choć jego rany zdawały się niegroźne. Chłopak wciąż przyciskał do piersi garłacz.

Bernhard spróbował usiąść, ale zakręciło mu się w głowie. Rozłożył ręce i wymacał szorstką tkaninę - widać zanieśli ich do namiotu. Jęknął głośno. Czuł, że coś jest nie tak. Choć nie odczuwał żadnego bólu, czuł, że coś się zmieniło. Jeśli nie na zewnątrz, to w nim, gdzieś głęboko w środku.

- I co? - usłyszał za plecami spokojny głos Gerharda. - Lepiej się czujesz? Nie przejmuj się, udało nam się zarobić. Dojdziesz do siebie. Franz zaraz przyniesie trochę pi...
- Kurwa mać! Jak ci zaraz łomot spuszczę, ty pomiocie rogatego kozła, ty śmierdząca... - wrzasnął Bernhard, wymachując rękami. - Ja... ja... - rozejrzał się wokół, zdezorientowany, cichnąc nagle. - Nie wiem już, co się dzieje. - Zaczął gwałtownie drżeć.

- I jak tam z nim? - zagadnął Franz. - Kufelek na wzmocnienie może?
Gerhard odwrócił ku niemu pobladłą twarz.
- Boję się, że tu kufelek nie pomoże - szepnął i skinął głową na rozdygotanego kuzyna. - Na Taala, Franz, jeszcze nie widziałem go takiego. Jeśli nie dojdzie do siebie...
Franz obrzucił brata spojrzeniem. Na jego twarzy również pojawił się niepokój, ale po chwili zniknął. Franz nigdy nie przejmował się niczym zbyt długo. Zwykle umiał znaleźć rozwiązanie każdego problemu.
- Spokojnie, Gerd - klepnął kuzyna po plecach, wciąż ściskając kufel piwa w drugiej dłoni. - Chyba wiem, co robić. Tam w karczmie był taki typek, Rudi Meissner. Pamiętasz, mówiłeś, że takiemu za samą twarz już trzeba by wklepać. Dobrze, że jednak tego nie zrobiłeś. Przed chwilą pytał mnie, czy nie chcę kupić trochę karmazynowego cienia...

Add a comment

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #7

"Zadanie miało być łatwe - dostać się do doków, gdzie ludziki zacumowały łódź. Wejść na łódź, wytępić ludziki i zabrać jedzenie i broń. Szef Quissk był zadowolony ze swojego planu. O tak-tak, bardzo zadowolony. Ale okazało się, że był bardzo głupi! Mądry Gnash wiedział, że to się nie może dobrze skończyć. Ludziki czekały w zasadzce! I miały ze sobą bestie, wielkie bestie, zębate i szponiaste! Mądry i dzielny Gnash walczył dzielnie, ale wrogów było więcej. Chytry Gnash musiał udawać nieżywego. I udałoby mu się, gdyby nie te parszywce z sieciami! Złapały Gnasha i nie wiadomo, co z nim teraz będzie!
Jak Gnashowi uda się uciec, będzie czekał na okazję, o tak-tak - zaczeka na dobrą okazję! Przegryzie gardło głupiego Quisska i zajmie jego miejsce. O tak-tak, dzielny Gnash będzie Wielkim Szefem. Ale jak stad uciec? Jak uciec..."

Szczurze rozmyślania więźnia przerwały głosy. Wielki mężczyzna odwiązał linę od metalowego kółka przymocowanego do ściany i szarpnął. Szczuroczłek przewrócił się na klepisko jamy. Piszczał coś, ale ludzie nie zwracali na to uwagi. I tak nie zrozumieliby szczurzego języka - ludzkie ucho nie było zdolne do usłyszenia połowy dźwięków i akcentów, niezwykle istotnych w skaveńskiej mowie. A gdyby nawet zrozumieli, nie obchodziłyby ich narzekania i błagania o łaskę, które wydobywały się ze szczurzego gardła.

Gnash został brutalnie zaciągnięty i rzucony na małą okrągłą arenę. Znajdowała się w jakimś dużym pomieszczeniu pod ziemią, czarnoszczur instynktownie wyczuwał głębokość - jakieś piętnaście ogonów od powierzchni.

Na niskie, drewniane ogrodzenie areny zewsząd napierali ludzie, wrzeszczący coś i szczerzący te swoje małe ząbki i wydający z siebie odgłosy podobne do szczekania psów. Wyściełający arenę piasek był miejscami bury od krwi, która wsiąkała w niego w czasie niezliczonych walk, jakie się tu odbywały. Smród ludzkiego potu i ekskrementów mieszał się ze słodkawym zapachem krwi.

Jeden z ludzi rzucił pod nogi Gnasha drewnianą pałkę i sztylet - te same, którymi walczył na powierzchni! Szczuroczłek doskoczył do broni. Uzbrojony przyjął postawę bojową i czekał. Wiedział już, że będzie musiał walczyć. Nogi trzęsły mu się ze strachu, po nodze ciekła strużka gorącego moczu. Ale instynkt nakazywał mu zrobić wszystko, żeby przetrwać. Trzymać twardo broń i walczyć, walczyć do końca.

Kiedy na arenę wszedł tamten człowiek, Gnash odskoczył jak najdalej od niego. Przeciwnik był przerażający. Dziwaczny hełm z kolcem na czole, wielki miecz, kolczaste metalowe rękawice, łuskowa zbroja nosząca liczne ślady uderzeń i poplamiona zaschniętą krwią. To nie był zwykły "ludzik", z jakimi Gnash wielokrotnie się już mierzył. To był potwór!

Spod hełmu wydobył się wściekły ryk i gladiator skoczył na szczuroczłeka, wyprowadzając zamaszysty, bijący na ukos z góry cios mieczem.

Ale Gnash nie był pierwszym lepszym klanbratem. Jego szybkość była obiektem zazdrości jego pobratymców, a dla ludzi musiała być wręcz nieprawdopodobna.

Szczuroczłek czmychnął pod ramieniem człowieka i sam wyprowadził cios pałką, mierząc w nerki gladiatora. Niestety, pałka odbiła się od blaszanej płyty osłaniającej plecy człowieka, nie robiąc mu żadnej szkody. A potem było już bardzo źle. Na nieszczęsnego Gnasha spadła lawina ciosów, których ten z coraz większym trudem unikał.

Aż w końcu cios stalowej rękawicy dosięgnął głowy szczuroczłeka. Gnash padł oszołomiony, a jego przeciwnik w ułamku sekundy przygwoździł go swoim ciężarem, blokując nogami łapy a dłonią w rękawicy chwytając za szczurzą szyję. Gnash wyszczerzył siekacze, próbując jeszcze gryźć, ale nie miał szans. Gladiator uniósł wyszczerbiony, krzywy miecz. Odsłonił zęby w krzywym, tryumfalnym uśmiechu i rozejrzał się wokół.

Widzowie byli w amoku. Wrzask wypełnił pomieszczenie, tu i ówdzie słychać było brzęk monet zmieniających właściciela. Mało kto postawił na nieszczęsnego szczura. Zjadacz Oczu nie trafił dotąd na przeciwnika, któremu udałoby się go poważnie zranić. Jednak nie walczył jeszcze z nikim, kto miałby ogon...

Gnash czuł, że jego koniec jest bliski. Stalowa dłoń na jego szyi zaciskała się coraz mocniej, odbierając mu oddech. Ale instynkt, instynkt przetrwania kazał mu wierzgać, wierzgać ile tylko jeszcze starczy sił, wierzgać nogami i zamiatać ogonem. Ogonem, którym nagle wyczuł coś - coś wystającego z piasku, coś, na czym zawinął chwytny koniec, co wyszarpał i czym rozpaczliwie, zbierając całą resztkę sił uderzył! wbijając się, wwiercając się jak najgłębiej.

Początkowo nie było wiadomo, co się właściwie stało. Gladiator z jakiegoś powodu nazywany "Zjadaczem Oczu" zastygł nagle w bezruchu, wypuścił z uniesionej ręki miecz, a spod rogatego hełmu wydobyło się zwierzęce wycie. Wycie, w którym słychać było niewyobrażalny ból.

Ucisk na gardle szczuroczłeka ustąpił, co ten natychmiast wykorzystał, wbijając zęby głęboko w przedramię człowieka. Trysnęła krew, ale człowiek zdawał się nie zwracać już na tę paskudną ranę uwagi. Zerwał się na nogi, ale ustał tylko krótką chwilę. Na tyle krótką, żeby tłum otaczający arenę zobaczył strumień krwi cieknący gladiatorowi po udach.

Kiedy po dwóch lub trzech szybkich oddechach kończonych bolesnym skowytem padł na kolana, Gnash doskoczył do niego i bił i dźgał.
Bił i dźgał nie przerywając nawet, kiedy konwulsyjne drgawki ścierwa, które było kiedyś człowiekiem całkowicie ustały. Jego furię powstrzymała dopiero sieć, którą znów go obezwładniono. Po krótkiej szamotaninie musiał się poddać. I znów trafił do nory, w której przywiązali go liną do ściany.

Po jakimś czasie jakiś zakapturzony człowiek przyniósł mu jedzenie. Surowe mięso jakiegoś zwierzęcia. Gnash łapczywie pożarł mięso, nie zwracając uwagi na to, że człowiek coś do niego mówił. Mówił cicho i łagodnie, jakby chciał coś wytłumaczyć. Ale dla Gnasha liczył sie teraz tylko słodki smak świeżego mięsa. W jego żyłach znów zaczął krążyć Sssskirrrrk, szczurzy duch, nakazujący węszyć, szukać, gryźć, biegać, kopulować i knuć. Tak, Gnash znów czuł w sobie życie. I kiedy przełykał ostatnie kęsy, już wiedział, co musi zrobić. Musi przegryźć linę. Przegryźć linę.

Lina ustąpiła po wielu godzinach żucia, memłania i szarpania. Gnash stracił przy tym 3 zęby i obłamał jeden z siekaczy, na szczęście uszkodzenie nie doszło do zębiny, więc siekacz miał szansę odrosnąć. Dziąsła krwawiły obficie, ale lina była przegryziona. Niestety, na drodze do wolności była jeszcze jedna przeszkoda. Krótki korytarz skręcił w prawo i drogę szczuroczłeka przegrodziła stalowa, zamknięta na kłódkę krata. Tego już nawet ostre i mocne skaveńskie zęby nie miały najmniejszych szans pokonać. Szczuroczłekowi pozostało więc wrócić do jamy i czekać.

Człowiek, który przyniósł mu kolejna porcję jedzenia okazał się bardzo łatwy do zabicia. Gnash pożywił się jego świeżym, soczystym mięsem po czym odgryzł mu głowę, którą zawinął w szmatę oderwaną od ubrania nieszczęśnika i przywiązał sobie do pasa. "Przyda się, kiedy wróci do braci"

----

- "Mówię ci, Klaus, na tym szczurze zarobimy górę złota. Widziałeś, co zrobił ze Zjadaczem? Powiadam ci, podkarmimy go, wsadzimy w jakieś żelastwo i będzie srał koronami!"
- "Dobrze szef gada, aby tylko te smrody, te łowce się nie wywiedziały, bo kłopoty bedom"
- "Nikt się nie wygada, mówię ci Klaus. Chciałby kto życie podłożyć, albo na arenie skończyć? Srają ze strachu przede mną i przed Kudłatym, mówię ci. A spojrzyj tylko - dla zabawy postawiłem na tego szczura pięć koron i co? Dziesięć do jednego i patrzaj - a to tylko jedna walka była! Kudłaty pianę toczył, jak mi wypłacał. Nie dość, że stracił Zjadacza, to jeszcze tyle złota. Mówię ci, Klaus, w końcu to my będziemy górą."

Czający się w ciemnym kącie Gnash nie rozumiał ani słowa z rozmowy. Ale wiedział, że oto przed nim otworzyła się szansa. Nie tylko wrócić do swoich, ale jeszcze wrócić z pękatym mieszkiem pełnym żółtego metalu. Co prawda to nie to samo, co spaczkamień, ale Gnash znał pewnego brata...

Człowiek okazał się ślepy i głuchy. Nie dostrzegł ani nie usłyszał niczego, kiedy chował sakiewkę w skrytce we wnęce korytarza. Kiedy pogwizdując odchodził zadowolony, Gnash z łatwością rozpoznał obluzowany kamień, wciąż jeszcze śmierdzący od dotyku człowieka.

Świtało już, kiedy czarnoszczur Gnash wrócił do swoich jako bohater.

Add a comment

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #6

Odgłosy walki poprowadziły ich w głąb miasta. Na niewielkim wzniesieniu, otoczonym zabarykadowanymi ulicami, znajdowała się zrujnowana wieża. Z naprzeciwka, z utrzymanego w zaskakująco dobrym stanie zajazdu wylewała się horda szczuroludzi.
- Tą drogą dojdą do łodzi - warknął Hrólf, wyciągając topór. Reszta klanu dopiero rozładowywała łódź i rozbijała obozowisko. Svein i Porunn zajęli pozycję w ruinach budynku, ich łuki miały zapewnić reszcie klanu osłonę. Pozostali ruszyli do przodu, odciąć szczuroludziom drogę. Skądś, z drugiej strony wieży doszły ich odgłosy walki i okrzyki, w znajomym języku.
- Kislevici - rzucił Ragnarr - Trzymajcie się od nich z dala, najpierw zabezpieczymy obóz i rozejrzymy się.
Ansgar wyszeptał modlitwę do Ulrica, zwykle pozwalała mu przyjąć postać wielkiego białego wilka, awatara Ulrica. Ostatnimi czasy jednak przemiana była zaburzona, Ulfwerenar, tak norsemeni nazywali pół-ludzi, pół-wilki. Wciąż miał nadzieję, że to znak szczególnej łaski od Ulrica, nagroda za to, że nie utracił wiary, nie uległ wpływom pogańskich bogów Ragnarra i reszty, ani tym bardziej wpływom mrocznych potęg...
Walka nie trwała długo, szczuroludzie zawrócili i uciekli. Niestety w krótkim starciu poległ Igolf, jego duch ucztuje już przy stole przodków. Zgodnie z rozkazem jarla banda wycofała się, unikając walki z Kislevitami. Gospodarowie są bitnym ludem, a norsi nie spodziewali się ich tak daleko na południu. Bez zwiadu i zaciągnięcia języka nie było sensu ryzykować.

Add a comment

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #5

Kapitan Ahab nie odrywał oka od lunety. Zdało mu się, że na łodzi Ludzi Północy dostrzegł jakiś ruch. Po chwili dostrzegł dym i nikły poblask płomieni.
Coś dymiącego i płonącego oddzieliło się od łodzi, a może od brzegu rzeki. Z tej odległości nawet za pomocą lunety trudno to było ocenić.

Tymczasem na lewym brzegu rzeki, znacznie bliżej wychyliły się zza porastających brzeg zarośli kontury domostw. Po chwili było juz widać całą wioskę. Kilka zabudowań, niektóre najwyraźniej zniszczone pożarem. Przy brzegu do wystających z wody pali przywiązane były poniszczone sieci rybackie.

"Dobre miejsce na schronienie...", pomyślał kapitan i wydał rozkazy.

Flink, stary nawigator, dziś nadający się tylko do prostych prac na statku stanał obok kapitana.

- "Za cicho tutaj, kapitanie. Za cicho."

- "Flink, ty patrz tam, obserwuj, co to płynie. Jak będzie szło na nas, alarmuj. Może trzeba będzie zatopić. Niech chłopcy będą gotowi, ale strzelać tylko jak będzie trzeba. Bogowie wiedzą, co hałas mógłby na nas tu ściągnąć. A to " - wskazał ręką dziwny, dymiący obiekt na rzece - "może to nic dla nas."

Kotwica została rzucona i grupa pod dowództwem kapitana zeszła do szalupy. Po niecałym kwadransie byli już na brzegu.

- "Kapitanie! Tu są ślady!" krzyknął Flask, wskazując coś palcem - "O, i tut..."
- "Zawrzyj mordę idioto!" - świszczący szept Cybucha rozległ się tuż za jego plecami. Flask posłusznie zamilkł.

- "Przeszukać chaty" - zakomenderował ściszonym głosem Stary Ahab.

W tym samym momencie, jakby na tę komendę od strony lasu świsnęły strzały.

--------

Kiedy na brzegu trwała zacięta walka, w niewielkiej odległości od Pequod przepływała płonąca tratwa. W odległości na tyle niedużej, że stary Flink mógł dostrzec wśród płomieni kilkanaście leżących sylwetek. Gdyby jego wzrok nie szwankował tak bardzo jak szwankował już z racji wieku, być może dostrzegłby, że byli to wojownicy, że ich głowy, spoczywające na okrągłych tarczach osłaniały hełmy, a na piersiach, umieszczone pod splecionymi rękami spoczywały długie miecze, charakterystyczne, szerokie miecze Ludu Północnych Krain.

Add a comment
Więcej artykułów…

Szukaj

Ogłoszenia

Spotkania klubowe:

 

Wtorki, od godz. 19:00.

Soboty, od godz. 9:00.

Niedziele, od godz. 11:00.

 

(prosimy o upewnienie się, czy zajęcia w danym terminie nie zostały odwołane)

  

Pokazy i nauka gry:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

Warsztaty makietowe:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

***

Tu się spotykamy:

 

Staromiejski Dom Kultury w Warszawie,

Sala "Klubowa", I. piętro.

 

***

KLUBOWY KALENDARZ!

Pinterest!

Pinterest

DT na Facebooku

Kto online

Naszą witrynę przegląda teraz 36 gości 

Logowanie