Fabularne

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #14

Szary Prorok okazał się rozsądny. Szef Quissk dostał szansę udowodnienia, że wciąż zasługuje na swoją pozycję.
Zadanie tym razem było naprawdę proste - zdobyć kilku ludzkich niewolników dla Proroka.

Młodziki dobrze się spisały. Dobrze, że są mi wierne, że nie trzymają z tym zdrajcą Gnashem... Wywęszyły smród ludzików obok tamtej starej nory, gdzie bezwłose i bezogoniaste szczuropodobne istoty spotykały się przed Katastrofą żeby jeść swoje dziwaczne jedzenie i pić to paskudne, gorzkie i śmierdzące Coś-Z-Beczki.

Świeży smród śladów i jeszcze parujące odchody, jak zwykle pozostawione w kilku trudno dostępnych miejscach wokół jednej z tych ich żałosnych ruin. Tak-tak. Przedziwny, trudny do pojęcia zwyczaj, temat licznych żartów wśród Braci, naturalnie znakujących odchodami miejsca najbardziej eksponowane. O tak-tak, strasznie głupie, śmieszne, ale czasem też przydatne ludziki! Do jedzenia, do pracy w błotnych dziurach. Trzeba schwytać kilku, jak rozkazał Prorok. O tak-tak. Schwytać.

----*----

Szef Quissk wyjątkowo energicznie wydawał polecenia. Mimo fizycznej nieobecności Proroka czuł się obserwowany, czuł, że Rogaty Syn Boga Szczura w jakiś tajemniczy, magiczny sposób ma na niego baczenie. Wiedział, że kolejne niepowodzenie może go kosztować nie tylko pozycję w stadzie, ale też jego marne, szczurze życie. Dlatego działał z takim samym zapałem, jak kiedyś, kiedy był znacznie młodszy, zaraz po tym, jak sprytnie otruł swojego poprzednika... Kiedy jeszcze tak wiele młodych samic...

Całkiem niedawno nażarta i znów pełna energii banda była gotowa do następnej akcji. Quissk z zadowoleniem ocenił stojąca przed nim burą masę mięśni, zębów i pazurów, połyskującą tu i tam świeżo naostrzonymi włóczniami i mieczami, zbrojną w ciężkie, drewniane pały nabijane metalowymi kolcami. Młody adept Pissk zajął miejsce zabitego Kritta. Obok niego warowały dwa ogromne, zmutowane szczury. Pissk znał tajemnicę przyzywania tych bestii z Podświata, z Domeny Wielkiego Rogatego Pana. Przydatna umiejętność. Quissk wiedział, że i przy nim musi być ostrożny. Pojawił się kolejny pretendent do zajęcia miejsca na Wysokim Krześle Szefa. Oprócz przeklętego Gnasha. Coś trzeba z nim w końcu zrobić...

-*-

Śmieciarze zwykle stanowili łatwą zdobycz. Słabo uzbrojeni, tchórzliwi, umykający w popłochu na widok nawet najmarniejszego z Braci. "To będzie szybka akcja." - pomyślał Quissk, wydając starannie przemyślane rozkazy.

Gnash warknął z cicha, kiedy usłyszał, że w towarzystwie zaledwie trzech Braci i jednego Mądrego Szczura ma podkraść się i zaatakować ludziki z lewej flanki. Wykonał jednak rozkaz, mając wciąż w pamięci groźbę Szarego Proroka. Kilka szarych cieni pomknęło wzdłuż ścian zrujnowanej świątyni.

Reszta oddziału prowadzona przez Szefa Quisska wbiegła do starej gospody. Żaden nie zwrócił uwagi na szyld wciąż wiszący nad drzwiami, przedstawiający, nomen-omen, dość nieudolnie namalowanego szczura. Szczur tańczył na tylnych łapach, w przednich trzymając beczułkę, z której wylewało się coś, co w zamyśle "artysty" miało być piwem. Jednak z uwagi na bogatą paletę barw bywalcy "Szczura" przywykli nazywać to rzygami - co oczywiście złościło karczmarza, jednak po prawdzie nie na tyle, żeby sięgnął do sakiewki po kilkanaście szylingów na nowy szyld. Szczur tańczył tak więc już od lat z beczką z wylewającymi się rzygami, będąc teraz niemym świadkiem niezwykłego spektaklu.

Skaveni zwinnie i niemal bezszelestnie biegli pomiędzy stołami i po stołach, na których nadal leżały talerze, stały drewniane i gliniane kufle i półmiski. Tuż po Uderzeniu ludzie opuścili to miejsce w popłochu. Resztki po niedokończonej wieczerzy przypadły w udziale Małym Braciom, psom wałęsającym się w ruinach i wielkim karaluchom, które teraz pierzchały spod nóg biegnących skavenów, klnąc na czym karaluszy świat stoi i wzywając swoich karaluszych, wąsatych bogów.

----*----

"Słyszałeś to, Gunnar?" - Eckhart Knut, o słuchu niemal tak dobrym, jak słuch jego podopiecznych poderwał się na równe nogi. Psy warujące nieopodal od pewnego czasu czasu strzygły uszami i powarkiwały. - "Znów coś stuknęło!"

Gunnar podniósł wzrok znad zwoju, który akurat studiował. Był to niezwykle rzadki traktat o spaczeniu i jego naturze, autorstwa nieżyjącego już profesora Wilfrieda Von Nicke. Oryginalny tytuł opracowania, mający wprowadzać w błąd współczesnych profesorowi łowców czarownic brzmiał "In sapientiam, in petra", jednak Gunnar czytał nowoczesny odpis, z tytułem zmienionym na właściwy, zaszyfrowany w pierwszych literach kolejnych linii tekstu - Lapidem malum.

"Nic nie słyszałem." - skwitował, poprawiając krasnoludzki monokl i ponownie zagłębiając się w lekturę.

Przy ogniu nie wiadomo skąd pojawił się Theodosius. Gestem nakazał ciszę i bez słowa zagasił butami płomień. Gunnar popatrzył na niego z wyrzutem.

"Kapitanie..."

"Szszsz." - dowódca uciszył próbującego coś powiedzieć łowcę - "Ktoś się zbliża od strony gospody."

Rozkazy wydane za pomocą kilku fachowych gestów zostały natychmiast bezbłędnie zinterpretowane. Na długo, zanim pierwszy zgarbiony cień pojawił się w uliczce między gospodą a ruinami świątyni, Łowcy byli gotowi.

Wargi Barthelma poruszały się w bezgłośnej modlitwie.

Sigmarze, chroń nas. Sigmarze, dodaj nam sił w walce. Święty Ojcze, niech krew naszych wrogów uraduje twoje serce, niech twój gniew prowadzi ramię moje i moich towarzyszy.

Szept dowódcy był ledwo słyszalny. "Spuść psy, Eckhart".

----*----

Szczekanie dochodzące z kierunku, w którym wysłał Gnasha ucieszyły Szefa Quisska. Nienawidził psów, ale jeszcze bardziej nienawidził Gnasha. Jednocześnie zdziwił się, bo nie dobiegło go cienkie ujadanie kundli, zwykle towarzyszących śmieciarzom, ale podnoszące sierść na grzbiecie, basowe ujadanie bestii, takich samych, jakie Quissk widział ostatnio na własne oczy, podczas nieudanej przeprawy przez zrujnowaną ulicę.

I dobrze. Niech rozszarpią tego obszczyogona. Oblizał się na wyobrażenie rywala rozszarpywanego przez potężne, krótkowłose, podobne nieco do małych krów psy ludzi-w-dziwnych-czepkach.

Kiedy przez okna gospody dostrzegł przebłyski pochodni, wiedział już, że ludziki nie dały się zaskoczyć. Zarządził zmianę taktyki. Ogonem wskazał okna w bocznej ścianie. Jednocześnie kilku braciom pozostającym w tyle nakazał zawrócić do drzwi karczmy. Pod pretekstem wsparcia dla grupy Gnasha mieli osłaniać grupę Szefa przed atakiem z tyłu.

Ludziki okazały się czujne i zdyscyplinowane. Nie dawały się wywabić ze swoich pozycji. Dopiero kamienie ciśnięte z kilku proc braci, którzy podeszli na bardzo ryzykowną odległość sprawiły, że niektóre ludziki wylazły z ukrycia, nie opuszczając jednak przezornie wylotu wąskiej uliczki między swoją kryjówką a północną ścianą miejsca-jedzenia.

----*----

Barthelm podejrzewał czary. Jakaś plugawa moc blokowała jego modlitwę i Pan nie odpowiadał. Bezskutecznie prosił o Ognisty Młot. Jedynie modlitwa o Uzdrowienie i Podniesienie została wysłuchana. Jeden z towarzyszy powstał i dziękując Sigmarowi uniósł dłoń z orężem, na znak, ze jest znów gotów do walki.

Tyle zapamiętał Barthelm Kaspar z Altdorfu, bitewny kapłan Sigmara, zanim jego świat ogarnęła ciemność.

----*----

Piski radości Braci Procarzy doszły do uszu Quisska, kiedy wdrapywał się na mur dzielący go od kryjówki ludzików. Jeden z ludzi, odziany w kolorowe szaty leżał bez przytomności u wylotu uliczki. Czterej Bracia Procarze trzymali w szachu resztę czających się w zaułku ludzików, miotając w ich stronę kamień za kamieniem. Quissk pokonał ostatnie ogony ściany, i praktycznie wskoczył na plecy nie spodziewającego się, stojącego na górze człowieka. Walka była krótka, kilka ciosów szponami wystarczyło, żeby człowiek padł na ziemię. Quissk doskoczył do następnego, który pojawił się zza wegła budynku. Za plecami usłyszał jęk dobijanego przez jednego z Młodzików rannego.

Niestety, nagle wokół Quisska zaroiło się od ludzi. Wyskoczyli ze swoich kryjówek i masą ruszyli na osamotnionego Przywódcę. Nie było wyjścia poza Ucieczką. Quissk jednak nie należał do takich, którzy uciekają bezmyślnie. Najbliższe mu zejście do Kanałów było tuż obok. Wiedział też, że w zaułku bronionym przez ludzi jest drugie zejście. Tuz obok miejsca, w którym upadł rażony kamieniem z procy człowiek w kolorowych szatach...

----*----

Barthelm Kaspar z Altdorfu obudził się nagi, spętany i bezbronny w jamie wypełnionej takim odorem, że jego obolałym ciałem targnęły gwałtowne wymioty. Przez dłuższą chwilę nie był w stanie robić nic poza opróżnianiem żołądka z bogatej zawartości, którą napełnił go kilka godzin wcześniej. Nieprawdopodobny ból głowy dopełniał godnego pożałowania stanu w jakim się znajdował.

Wokół rozlegały się piski. Dopiero po dłuższej chwili człowiek zaczął dostrzegać niewyraźne, ogoniaste kształty kłębiące się wokół niego. Przerażenie jakie go ogarnęło było paraliżujące.
"Panie, dlaczego? Dlaczego wtrąciłeś mnie do Piekła Chaosu? Przecież byłem ci wierny!"

Potwory kłębiące się wokół piszczały jak szczury. Jednak dało się w tych piskach odróżnić dźwięki do złudzenia przypominające ludzką mowę. Barthelm mógłby przysiąc, że stwory rozmawiają ze sobą. Powoli docierało do niego, że jeszcze nie umarł. Że trafił do niewoli skavenów, tych człekokształtnych szczurów, pomiotu chaosu, potomstwa z plugawego spółkowania czarownic i kanałowych szczurów.

Modlitwa! Tak, modlitwa! Teraz tylko jego Pan mógł go ocalić.

----*----

Szary Prorok był zadowolony. Jeniec okazał się kapłanem znienawidzonego, ludzkiego boga. Jego los został przypieczętowany. Pojedzie do Miasta Na Bagnach, gdzie Rada Trzynastu złoży go w krwawej ofierze na ołtarzu Jedynego Prawdziwego Boga, Rogatego Ojca Małych i Dużych Braci.

Jego wzrok spoczął na człowieku, kiedy zaczął mówić.

"Oto fałszywy prorok fałszywego boga pozbawionych sierści, żałosnych ludzików z powierzchni! Patrzcie, jak pokraczną i godną pogardy jest istotą, karykaturą prawdziwego życia, bez ogona, z mizernymi i tępymi siekaczami, istotą całą łysą od urodzenia zupełnie jak najsędziwsi z naszych braci! O tak-tak, po trzykroć tak! Czyż istnieje cokolwiek równie marnego?"

Rogaty skaven przyskoczył do spętanego człowieka i chwycił za powróz, zmuszając jeńca do przyjęcia klęczącej pozycji. Człowiek mamrotał coś, najpewniej modlitwę do swojego boga. Kiedy wzrok Szarego Proroka spotkał się z jego wzrokiem, skaven mimowolnie wzdrygnał się. W oczach człowieka dostrzegł bowiem siłę, której się nie spodziewał. Jeniec najwyraźniej nie bał się go, a niezbitym dowodem tego był fakt, że nie oddał pod siebie moczu. Jego nogi nie drżały tak, jak nogi innych, z którymi Prorok miał wcześniej do czynienia.

Szary Prorok wyjął z zakamarków swojej szaty jakiś przedmiot i rzucił go pod nogi jeńca. Była to Święta Księga Sigmara. Tomisko z głuchym pogłosem uderzyło o klepisko jamy, otwierając się na wizerunku Młotodzierżcy. Jeniec pochylił się próbując spętanymi rękami chwycić księgę, ale jeden z czarno umaszczonych skavenów szarpnał za linę przywiązaną do szyi człowieka tak mocno, że ten padł na plecy, z trudem łapiąc oddech. Lina wrzynała mu się głęboko w szyję, kalecząc gładko ogoloną skóre. Czarnoszczur trzymający powróz oblizał się łakomie widząc obnażone, miękkie gardło człowieka.

Szary prorok tymczasem kontynuował. Szponiastą łapą wskazywał leżącą księgę.

"Oto brednie ludzików o ich mizernym bogu! A ja was pytam - gdzie był ich bóg, kiedy jeden z naszych Braci powalił tego śmierdzącego strachem łysego dziwoląga? Czyż nie pokierował ręką naszego brata sam Wielki Rogaty Ojciec? Czyż nie pobłogosławił kamienia, który trafił tego ludzika prosto w jego żałosny, łysy łeb? Ha! Po trzykroć trzykrotne tak-tak! Zaprawdę, Nasz Ojciec i Pan o Ogonie oplatającym Świat, Nadświat i Podświat jest Największym i Jedynym Bogiem! Szcza na bogów ludzików z powierzchni i kopuluje z ich matkami! Patrzcie bracia i naśladujcie mnie!"

Skaven rozchylił szatę. Cuchnąca struga polała się prosto na otwartą księgę, wprost na wizerunek Sigmara Młotodzierżcy.

Kiedy kolejni bracia, w kolejności narzuconej przez hierarchię w stadzie podchodzili, żeby oddać mocz na świętą księgę człowieka, niejeden z nich mógłby przysiąc, że słyszy radosny chichot Wielkiego Rogatego Szczura dochodzący jego uszu zza Osnowy Rzeczywistości.

Add a comment

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #13

Dowodzenie to ciężki kawałek chleba. Tak mawiał dziadek Ludwig. Gerhard pamiętał go jeszcze; wysuszony starzec w bujanym fotelu, z wąsami żółtymi od palenia fajki. Nawet do latryny nie mógł dojść bez laski. Ale historia jego życia i zwycięstw pozostała. Nikt, nawet starość, nie mógł odebrać Ludwigowi jego historii i jego chwały.

Nikt, nawet śmierć, nie może odebrać nam chwały. Gerhard powiedział kiedyś stryjowi, ojcu Franza i Bernharda - "Stryjku, ja chyba nie umrę, nie podoba mi się to". To było dawno, na pogrzebie kogoś ze wsi; zwierzoludzie niemal rozerwali tego człowieka na pół. Ale trumny bohaterów zawsze otwierano. Wiele dzieci płakało, niektórym matki zasłaniały oczy. Gerhard myślał tylko: "Nie podoba mi się to. Nie życzę sobie umierać.". Teraz jednak nie żył jeden z jego synów. Drugi z pobladłą twarzą opłakiwał go w głębi serca - Karl nie płakał, Karl też nie życzył sobie śmierci.

Ale chwała pozostanie, a śmierć zrobi, co zechce. I kiedy zechce. Ukrywali się w lesie od kilku dni, a śmierć zmieniła swoje podejście. Już nie była ryczącym potworem, tylko cichym cieniem, który powoli kładł się na ich kompanii. Głód zaczynał im doskwierać. Kuzyn Michael, jeden ze starszych myśliwych, zabrał na łowy swego stryjecznego bratanka, Roberta. Obaj byli doskonałymi łucznikami.

Las zdawał się spokojny. Z dala od złowieszczych ruin można było poczuć spokój. Nikt jednak go nie poczuł; głód, zmęczenie i rozpacz były zbyt dotkliwe. Robert i Michael nie mogli ustrzelić nawet królika. Franz i Bernhard trzymali się razem. Reinhard trzymał się blisko Gerharda - Franz spojrzał na kuzyna, nim się rozdzielili. Nie musiał nic mówić. Gerhard wiedział, że musi ochronić chłopca. Franz nie powstrzymał Paula przed szaleńczym biegiem na pewną śmierć. Gerhard jednak miał zamiar ocalić jego syna.

Ogr i Wilfried szli razem. Tak było najlepiej. Wprawdzie kapłan zahartował się podczas tej wyprawy ponad wszelkie oczekiwania, wciąż jednak nie był wojownikiem. Wilfried ledwo dotrzymywał kroku swemu ochroniarzowi, ale radził sobie w lesie bardzo dobrze. W końcu większość życia przeżył w lesie.

- Wodzu - ryknął Grom. - Zielony kamień. Dziwokamień. Grom znaleźć dziwokamień.
- W lesie? - zdziwił się Franz. - Ostatnie, czego bym się tu spodziewał.
- Dlaczego, rozprysk z komety był spory - mruknął zza drzewa Michael. - Prędzej znajdziemy tu ten kamień, niż zwierzynę. Niech to szlag, albo nic nie ma, albo za szybko zwiewa.

Coś cichutko świsnęło w powietrzu. Strzała z głośnym uderzeniem wbiła się w drzewo; drzazgi poleciały na Zdechlaka. Zwierzę zawarczało.

- Chyba ktoś tu był przed nami - zauważył Robert.
- Chyba nadal jest - sprostował Bernhard. - Wilfried, weź zobacz, co za strzała.
Kapłan podszedł do drzewa. Rozległ się drugi świst.
- Wiesz co, sam oceń - powiedział Wilfried wesoło i ułamał sterczącą mu z łydki strzałę tuż przy skórze.
- Faktycznie się skurwiel zahartował - gwizdnął z podziwem Bernhard. - Ty, ale ja nie wiem, co to jest.

Gerhard zamknął oczy. On wiedział, co to jest. Stryjeczny dziadek Georg miał w swej kolekcji różne strzały. Te najbardziej groźne pokazywał rzadko. Gerhard tylko raz widział strzałę wypuszczoną przez elfa. Nim doleciała do celu, elf leżał z toporem w głowie, ale strzała zdołała zabić jednego z parobków. Nawet złamana, wciąż robiła wrażenie.

- Dobra - zawołał do towarzyszy. - Nie mam zamiaru dać wam zginąć. Jeśli zobaczycie chudych skurwysynów z długimi spiczastymi uszami, a nie macie czym do nich strzelać, radzę wam paść na ziemię i czołgać się za najbliższą osłonę.

Ledwie skończył mówić, większość jego podwładnych padła. Z początku ucieszyło go to posłuszeństwo; potem ujrzał i Reinharda, leżącego u jego stóp, choć chłopak był dobrze ukryty w skalnej szczelinie. Oczy chłopca były szkliste, z nosa lało się ciurkiem, ale żył.

Dopiero wtedy Gerhard poczuł ten zapach. Słodki, nęcący, przyprawiał o zawroty głowy. Kwiaty miały lekko fioletowy kolor, wyglądały jak lekko zniekształcona koniczyna. Gerhard zdeptał wściekle roślinę.

- Kwiaty są dobre dla bab! - ryknął. - Omdleliście z powodu głupich chwastów? Wstawajcie, do ciężkiej cholery! Jeśli ich widzicie, to STRZELAJCIE!

Powoli jego towarzysze zaczęli się podnosić. Wilfried czołgał się po ziemi z trudem, ale niezłomnie. Świszczące w powietrzu elfie strzały nie pomagały ludziom się zebrać. Każdy starał się jak najdokładniej ukryć, ale precyzja elfów w wypuszczaniu strzał zdawała się być perfekcyjna. Nawet w pozornie niedostępnych miejscach zaroiło się od strzał. Wszystkie póki co chybiały celu, ale konsekwentnie trafiały coraz bliżej. Nie było trzeba nic więcej, by odebrać ludziom nadzieję. Łowcy stali za drzewem, bojąc się wychylić. Nikt nie kwapił się do jakiejkolwiek walki.

Coś błysnęło u stóp Gerharda. Dowódca pochylił się - to było pióro. Wyjątkowo wielkie pióro, błyszczące złotem w świetle słońca. Gerhard podniósł je ostrożnie i zobaczył, jak ziemia oddala się od jego stóp.

- Eee... stryju, ty latasz - odezwał się niepewnie Reinhard.
- O kurna - Gerhard natychmiast puścił pióro. Wylądował bezpiecznie - uniósł się tylko na odległość łokcia. - Co to jest?!
- Słyszałem o takiej legendarnej istocie - zawołał Wilfried, gramoląc się wreszcie pod skałę. - Wekki... czy jakoś tak... w życiu... tego... nie widziałem.
- Sami widzicie - zawołał Gerhard, ponownie biorąc do ręki pióro i wzlatując na chwilę ponad skałę, za którą z Reinhardem stali. - Wszyscy poza łowcami do mnie. A wy, chłopaki... Strzelajcie do nich, albo polecę wam wpie...

Nie musiał kończyć. Michael i Robert wreszcie wyszli zza drzewa i drżącymi dłońmi naciągnęli cięciwy. Puścili. Żaden elf nawet nie drgnął, za to odpowiedź powaliła na ziemię Roberta. Chłopak nie zdążył nawet jęknąć.

- NIE PRZERYWAĆ BIEGU - ryknął znów Gerhard. - Wszyscy DO MNIE!

Biegli szybko, ale nie dość szybko dla strzał elfów. Chwilę później Bernhard leżał na ziemi, bez oznak życia. Gerhard poczuł, że to koniec. Cokolwiek by teraz nie powiedział - nie mieli już żadnych szans.

Nie musiał nawet dawać rozkazu odwrotu. Panika zrobiła to za niego.

Kolejny raz wpadliśmy w gówno, pomyślał, wypuszczając z dłoni złote pióro. I kolejny raz w nim ugrzęźliśmy.


***
Głośne tupnięcie zwiastowało przybycie ogra. Jednak łupnięcie głośne jak zawalenie budynku zwiastowało przybycie więcej niż jednego ogra.

Gerhard podniósł oczy i ledwie uwierzył własnym oczom.

- Wodzuuuu! - ryknął Grom, szczęśliwy jak nigdy. - Wódz patrzeć! Gruag nie zginąć! Głupi wyvern nie zabić Gruag!
Istotnie, obok Groma stał Gruag - jak zwykle brzydki, cały w strupach i sińcach, ale sprawny i silny jak zawsze.
- Ja zjeść ten głupi wyvern - pochwalił się Gruag. - Głupie łowce czarownic zabrać złoto, a zostawić tyle mięso.
- Wódz musieć znów zapłacić Gruag! - zawołał Grom. - Gruag chce podwójnie, bo my go wtedy zostawić. Ale jak wódz zapłacić, to Gruag wrócić.
- Wódz nie mieć z czego zapłacić - odezwał się Franz łagodnie. - Niewiele udało nam się dziś zarobić. I tak dobrze, że ktoś w ogóle kupił te mizerne kamyczki.
- Z dwoma ogrami moglibyśmy znów wrócić do miasta - zauważył Bernhard, zawijając sobie bandaż na ramieniu. - Teraz nie ma co się tam nawet pchać.

Gerhard zastanawiał się tylko chwilę.
- Michael! Robert - zawołał. - Lećcie no biegiem do tego handlarza. Nie mógł odejść daleko. Zapytajcie, ile chce za te wasze łuki...

Add a comment

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #12

- Co ty, kurwa, wiesz o odszczurzaniu? - zarechotał Gruby Hermann. Jego wielkie brzuszysko trzęsło sie w rytm. Po chwili zamilkł lapiąc sie za zraniony bok.
Leżący na łóżku Hainrich próbował się zaśmiać, zamiast tego rozkaszlał się tylko. Przyłożył do ust chusteczkę, po chwili upstrzyły ją plamki krwi. Mimo niechęci jaką się darzyli wspólna walka i ciągłe zagrożenie zbliżyły ich do siebie. Obaj odnieśli rany w ostatniej potyczce ze skavenami i spędzali teraz wspólnie dużo czasu wracając do zdrowia. Rany Hainricha były poważne, mógł już nigdy nie powrócić do dawnej sprawności.
- Aldorf ma pomysł, żeby zamykać ich w malych szczelnych pomieszczeniach i dusić gazem - powiedział. - Nazywa to gass-komorą. Co o tym myślisz?
- Ciekawy pomysł, warto się nad tym zastanowić - zamyślił sie Hermann. - Pójdę już, odpoczywaj. Jesteś jeszcze osłabiony. Jeżeli będziesz potrzebował czegoś na uśmierzenie bólu daj znać - Hermann obrócił się w progu, mrugnął porozumiewawczo i znacząco pociągnął nosem.
Hainrich został sam, pogrążony w ponurych rozmyślaniach.
- Czy już na zawsze będzie kaleką? Zamknął oczy i przywołał w pamięci wydarzenia ostatnich dni. Wydarzenia, które doprowadziły go do takiego stanu.
***
- Skaveni od czoła! - wysłany na zwiad Schellenberg przycwałował na swoim wałachu. - Będą chcieli się przebić, nie ma innego wyjścia z tej ulicy.
- Przeklęty pomiot chaosu! - Aldorf nawet w takiej sytuacji nie omieszkał przekląć wrogów - Ilu ich jest?
- Naliczyłem prawie dwudziestu.
- ...jego mać - "Lokaj" najwyraźniej nie był zachwycony całą sytuacją.
- Zajmijcie pozycje i nie dajcie się otoczyć. - rozkaz Aldorfa został wykonany błyskawicznie.
Jego ludzie wiedzieli co maja robić. Strzelcy rozbiegli się na obie strony zrujnowanej ulicy szukając dla siebie dogodnych pozycji. Teren nie był wymarzony do obrony - niewielki placyk z pomnikiem jakiegoś dawnego lokalnego bohatera po środku, otoczony całkowicie bądź częściowo zrujnowanymi budynkami. Kupy gruzu i resztki płotów dawały szanse na prawie bezkarne zbliżenie się do obu domów, które zajęli obrońcy. W oddali było już widać przemykające jak cienie przygarbione sylwetki szczuroludzi. Kreatury podzieliły się na dwie grupy próbując najwyraźniej wziąć ich w dwa ognie.

Schellenberg wysunął się na środek placu i strzelił o jakiegoś niewidocznego dla innych celu. Pisk i rumor walącego się na ziemie ciała świadczył o jego dobrym oku. Strażnik dróg obrócił konia. Nie widział już jak trafiony szczuroczłek podnosi się i składa do strzału. Szczęśliwie dla niego, oszołomiony odniesioną ranną chybił o włos. Kamień trafił w pomnik lokalnego herosa wydobywając głośny metaliczny dźwięk.

- Amelynium - powiedział ze pewnością w głosie bezzębny zelota o wyglądzie rasowego menela.
- Zamknij się Ribbentrop! - skarcił go drugi - pilnuj, żeby żaden szczur nie wlazł przez okno, bo Hainrich urwie nam jaja.
Luthor Hess, modlący się opodal na klęczkach kapłan-wojownik Sigmara nie zwracał na nich uwagi. Ślady po ranach odniesionych w niedawnej walce z bandą kultystów Chaosu i ich zmutowanymi bestiami były już prawie niewidoczne. Sigmar najwyraźniej czuwał nad swoim sługą. Przeciwnicy, przekonani że nie żyje, zostawili go nieprzytomnego. Zanim pierzchli przed nadchodząca odsieczą zrabowali jedynie sakiewkę z datkami na świątynię zebranymi w czasie podróży. Niska cena za ocalone życie. Jeden z zelotów i pies bojowy walczący u boku Luthora nie mieli tyle szczęścia. Zostali na zawsze w tej zapadłej dziurze. Towarzysze spalili zmasakrowane zwłoki, aby nie splugawiły ich żadne włóczące się w tej okolicy kreatury.

Piętro wyżej w tym samym budynku Hainrich klął pod nosem nie mogąc znaleźć celu dla swojej kuszy. Przysuwał się coraz bliżej krawędzi zarwanej podłogi i ziejącej pod nią przepaści kończącej się zasypaną gruzem posadzką niższej kondygnacji, na której klęczał modlący się Hess. Sylwetki skavenów pojawiły się na mgnienie oka w drzwiach, oknach i przerwach między budynkami. Zbyt krótko aby oddać celny strzał.

W domu po drugiej stronie ulicy Aldorf i Wilhelm zajęli miejsca na piętrze. Dołu pilnowali dwaj ludzie pod wodzą Grubego Hermanna stojącego teraz na środku palcu obok Schellenberga. Obaj bezskutecznie próbowali ustrzelić którąś ze zwinnie przemykających sylwetek. Strażnik Dróg wypłoszył olbrzymiego szczura ukrytego za płotem. Bydle było wielkości średniego psa. Znieruchomiało na jego widok, bełt wbity w deski płotu obok łba momentalnie je otrzeźwił. Wyskoczyło na 2 stopy w górę, przebiegło całą szerokość placu, zwinnie klucząc pomiędzy zwałami kamieni, aby zniknąć za kupą gruzu obok budynku zajętego przez Altfdorfa i Wilhelma. Obie grupy skavenów były już blisko. Obrońcy słyszeli ich popiskiwania i tupot bosych łap na posadzkach sąsiednich budynków.

Wielki szczur, wypłoszony wcześniej przez Shchellenberga, wybiegł ze swojej kryjówki wskoczył przez okno rzucając się do gardła najbliższemu z ludzi. Cios bojowego cepa rozpłaszczył go na posadzce jak mokrą szmatę. Hermann z zadziwiająca na jego tuszę prędkością znalazł się w środku i przygwoździł bestię szpikulcem topora. Podniósł upuszczoną w progu kuszę, zarepetował ją stając w drzwiach gotowy do strzału.
Szczuroludzie, widząc powstałe zamieszanie zdecydowali się na śmiały atak. Wysypali się cała chmarą z ukrycia miotając w biegu kamienie z proc. Wdrapywali się na kupy gruzu w poszukiwaniu lepszych pozycji. Grad kamieni poleciał w kierunku łowców. Modlitwy Luthora zostały najwyraźniej wysłuchane - wszystkie pociski odbiły się od ścian bądź pancerzy nie czyniąc nikomu żadnej szkody. Za to wystrzelona w odpowiedzi porcja bełtów zebrała krwawe żniwo. Skaveni padali, staczali się z dopiero co zajętych podwyższeń brocząc obficie ciemną posoką. Parli jednak naprzód mimo strat. Masa futrzastych ciał i wyszczerzonych zębatych pysków była coraz bliżej.

Kolejna salwa skavenów oddana z bliższej odległości była celniejsza.

Wilhelm zaśmiał się widząc efekty swojego strzału. Trafiony skaven padł jak ścięte drzewo. Łowca repetował kuszę, kiedy w oknie domu po przeciwnej stronie ulicy pojawiła się sylwetka wielkiego szczuroczłeka wykonującego gwałtowny ruch owłosiona łapą. Wilhelmowi świat zawirował przed oczami, poczuł jeszcze jak spada w pustkę. Gruchnął z impetem na jakieś resztki mebli pomieszane z gruzem. Wypuszczona z rąk kusza roztrzaskała się obok. Ogarnęła go ciemność.

Zraniony kamieniem koń Schellenberga wierzgał jak szalony zrzucając w końcu rozpaczliwie broniącego się przed upadkiem jeźdźca. Grzmotnął o ziemie aż zadzwoniły okrywające jego ciało blachy pancerza. Spłoszone zwierze pognało wzdłuż ulicy. Schellenberg nie podnosił się.

Zaskowyczał trafiony pies. Wlokąc za sobą przetrącona łapę, Brutus, wczołgał się do budynku i spojrzał żałośnie na wciąż modlącego się Hessa. Za plecami Luthora zelota o wyglądzie menela i jego krzykliwy kolega odpierali wściekły atak dwóch skavenów, którzy wskoczyli przez okna. U ich stop leżała zraniona Blondi - ulubiony pies Aldorfa. Po chwili obok padł też jeden z ludzi. Kapłan wyciągnął dłoń w kierunku rannego Brutusa, zwierzę momentalnie stanęło na nogi i rzuciło wielkimi susami w kłębowisko walczących opodal ludzi i skavenów. Luthor bez zastanowienia podbiegł za nim. Ledwie dobiegł ściął się z jednym ze szczuroludzi. Zablokował dwa szybkie ciosy zadane trzymanymi w obu łapach pałkami. Trzeciego, wymierzonego trzymaną w ogonie odbić nie zdołał...
Drugi człowiek wykorzystał chwilowe zaskoczenie przeciwnika gdy pies zacisnął swe szczeki na jego nodze. Cios cepa wymiótł go za okno, przez które wcześniej wskoczył. Ostatni, osamotniony skaven zaatakował z furią, nie mając możliwości ucieczki. Zwijał się w unikach co chwila wyprowadzając ciosy. Jego nieludzka szybkość dawała mu przewagę na uzbrojonym w ciężki i nieporęczny cep człowiekiem.

Stoący w drugim budynku Hermann wiedział, że nie zdąży ponownie napiąć kuszy. Odrzucił ją na bok i sięgnął po opartą o ścianę tarczę. Zrobił to w ostatniej chwili, aby zasłonić się przed ciosem miecza wielkiego skavena o czarnym futrze. Hermann blokował swoim ciałem przejście przez drzwi, jednak inni szczuroludzie wskakiwali oknami aby zetrzeć się z czekającymi wewnątrz biczownikami. Z za jego pleców dobiegały krzyki i odgłosy zaciętej walki. Jeśli obrońcy budynku ulegną, on tez będzie zgubiony, nikt nie osłoni mu pleców. Czarny skaven był silny i szybki, atakował z wielką furią. Na pewno marzył aby zatopić swoje ostre kły w szyi Hermanna i pić jego ciepła krew. W końcu udałoby mu się to, gdyby nie ostatni pies łowców - Bobek. Bobek, wychowywany przez Wilhelma, swoje imię zawdzięczał ciągłemu paskudzeniu w najmniej spodziewanych miejscach. Było tak od szczeniaka i nie zmieniło się nawet kiedy wyrósł na potężne i silne psisko. Tak więc, Bobek skoczył na plecy czarnego skavena próbując wbić zęby w jego kark. Pchniecie krótkiego miecza zadane do tylu, pod pachą trafiło Bobka między żebra. Zaskowytał ale nie puścił, zaciskając mocnej szczeki. Hermann rąbnął z góry toporem w pochylonego pod ciężarem psa szczuroczłeka. Przeciął psie ciało ale dosięgnął tez przeciwnika. Obaj padli na ziemie. Bobek spaskudził się po raz ostatni wprost na czarne futro nieruchomego skavena. Łowca obrócił się w kierunku toczącej się za jego plecami walki. Ostatni stojący na nogach biczownik resztkami sił opierał się dwóm uzbrojonym we włócznie napastnikom. Hermann włączył się do walki krzycząc i rąbiąc jak oszalały. Zaskoczeni jego nadejściem przeciwnicy cofnęli się pod ścianę najwyraźniej szukając drogi ucieczki. Wtrącił bron jednemu z nich i szykował się do zadania ostatniego ciosu. Trzeci skaven przeskoczył nad ciałem Bobka i swego czarnego pobratymca. Wbiegł przez drzwi budynku, które niedawno blokował Hermann i z impetem pchnął go włócznią. Łowca wyczuł ruch za swoimi plecami, instynktownie uskoczył w lewo. Cios, który przebiłby go na wylot rozorał mu bok i z impetem cisnął o ścianę.

Piętro wyżej Altdorf wyczuł magię. Był wyczulony na takie rzeczy, włosy na karku stanęły mu dęba, skóra mrowiła. Gdzieś, wśród tej popiskującej ohydnej hałastry był czarownik. Łowca wypatrywał go wybierając cel do strzału. Nie mogąc namierzyć posługującej się magią kreatury obrał za cel skavena ładującego właśnie kamień do swej procy. Widział go wyraźnie - bliski, nieruchomy, nieświadomy nadchodzącej śmierci cel. Nie mógł chybić. A jednak...bełt przeleciał wysoko nad nim, odbił od kamiennej ściany i koziołkując upadł na bruk. Spłoszony skaven czmychnął za najbliższa osłonę. Altdorf uświadomił sobie, to on był celem złej magii. Od płotu za plecami nacierającej szczurzej bandy oderwała się przygarbiona odziana w szmaty sylwetka. Skryła się za rogiem obierając za cel magicznego ataku stojącego na dachu drugiego domu Hainricha. Aldorf napiął kusze i założył bełt.
- Już mi nie uciekniesz przeklęta kreaturo. Nein, nein...- mruczał składając się do strzału. Skaveński czarownik uniósł łapy wykonując nimi dziwne, skomplikowane gesty. Nie usłyszał nawet nadlatującego pocisku. Dostał prosto w głowę. Mózg i krew upstrzyły ścianę fantazyjnym wzorem. Żaden z jego braci nie zwrócił nawet uwagi na padające się za ich plecami ciało.

Luthor Hess z trudem uniósł powieki. W głowie pulsował tępy ból. Gdzieś obok, dosłownie o kilka kroków słyszał odgłosy walki. Próbował się poruszyć, ale jego własne ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Nie miał nawet siły obrócić obolałej głowy i ocenić kto wygrywa toczące się starcie. Przymknął oczy i zaczął modlitwę. Ledwie wyszeptał pierwsze z słowa z nieba spadł...Hainrich.

Stojący samotnie na dachu Hainrich widział wysypującą się z za rogu chmarę włochatych postaci. Ciśnięte w jego kierunku kamienie zagrzechotały o ściany wokół. Zdążył wystrzelić 2 razy w odpowiedzi kiedy trafiła go kolejna salwa szczuroludzi. Łowca zachwiał się, przechylił przez krawędź zarwanej podłogi i runął w dół lądując na kupie szmat i połamanych gratów, które choć trochę zamortyzowały upadek. Czuł jak chrupnęły mu pękające żebra a cale powietrze uciekło z płuc. Nie stracił jednak przytomności. Wyciągnął rękę po leżącą obok kuszę. Na szczęście była cała. Drugą dłonią zagarnął kilka rozsypanych obok bełtów i zaczął czołgać się wzdłuż ściany w kąt pomieszczenia. Trwała tu walka, biczownik i poharatany ale wciąż stojący na własnych łapach pies próbowali zabić ciskającego się w szale samotnego skavena. Wokół leżały ciała. Hainrich minął leżącego na plecach Luthora. Żył. Widział półprzymknięte powieki i poruszające usta. Dotarł wreszcie w kąt pomieszczenia. Z trudem obrócił się na plecy i usiadł oparty o ścianę. Wiedział jak mało czasu mu zostało. Skaveni, którzy strącili go z dachu za chwilę dobiegną aby dorżnąć swoją ofiarę.
- Nie umrzesz tu dziś! Nie poddawaj się! - myślał gorączkowo. Włożył stopę w strzemiączko kuszy. Chwyciwszy cięciwę w obie dłonie ciągnął krzycząc z bólu i nadludzkiego wysiłku. Nie mógł oprzeć broni o uszkodzone żebra, straciłby przytomność. W końcu mechanizm spustowy zaskoczył chwytając cięciwę. Drżącymi dłońmi założył pocisk. Na powtórzenie całej operacji nie będzie miał już siły ani czasu.

Aldorf widział spadającego w z dachu Hainricha i skavenów biegnących do budynku, w którym tamten zniknął. Odgłosy walki na parterze jego domu również cichły. Nie było już słychać ryku Hermanna. Czyżby poległ? Czyżby miał to być również koniec jego samego? Koniec marzeń i planów o wielkim wolnym od Chaosu Imperium, o wszystkich zjednoczonych pod znakiem Młota ludzkich nacjach scalonych w jedną 1000-letnią Rzeszę? Za chwilę sam będzie musiał stawić czoła szczuroludziom. Zacisnął dłoń na wiszącej na grubym łańcuchu Świętej Relikwii - Hakenkreutzu Srogiej Pomsty.
- Sigmarze, nie pozwól zatriumfować naszym wrogom. Wspomóż Twoje wierne sługi w godzinie próby...

Usta leżącego na posadzce rannego Luthora poruszały się wypowiadając słowa modlitwy:
...I dokonam srogiej pomsty w zapalczywym gniewie, na tych, którzy chcą zatruć i zniszczyć moich braci; i poznasz, że ja jestem Pan, gdy wywrę swoją zemstę na wrogach Imperium...

Jakby w odpowiedzi czaszka ostatniego broniącego się w tym samym pomieszczeniu skavena chrupnęła pod celnym ciosem słaniającego się już na nogach biczownika. Pies rzucił sie do gardła powalonego przeciwnika. Z za rogu wypadło się 4 napastników biegnących w ślad za strąconym z dachu Hainrichem. Ten czekał z napiętą przed momentem kuszą. Pierwszy skaven, pewny łatwej zdobyczy przeskoczył śmiało niskie resztki zburzonej ściany. Bełt trafił jego ramię w locie. Siła pocisku obróciła nim w powietrzu wokół własnej osi. W widowiskowy sposób runął na zalegający gruz wzbijając chmurę kurzu. Reszta szczurów momentalnie umknęła.

Atak szczuroludzi załamał się. Uciekali nie myśląc o dalszej walce i zwycięstwie, wymykającym się z ich łap. Odwrót nie był całkowicie bezładny. Dwójka z nich porwała w biegu ciało zarąbanego Bobka.
- Co te kreatury chcą z nim zrobić? - pomyślał obserwujący z góry cała scenę Aldorf.
Po chwili z ruin drugiego domu wyszedł słaniający się na nogach Hainrich, wsparty na jedynym stojącym o własnych siłach biczowniku. Towarzyszył im mocno poharatany pies. Z ruin wyczołgiwali się inni poranieni członkowie grupy. Cena za zwycięstwo była wysoka.

Add a comment

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #11

Gnash był wściekły. Znów stało się to samo. Szef Quissk mający się za Niezwykle Przebiegłego Stratega znów poprowadził ich prosto w pułapkę zastawioną przez ludziki!

Z obu stron na skaveńskich braci posypały się strzały i bełty. Jakiś tchórzliwy ludzik chowający się za ścianą z bali wypuścił strzałę, która trafiła Gnasha w łeb, na szczęście nie przebijając twardej, szczurzej czaszki. Uderzenie jednak było tak silne, że oszołomiło czarnoszczura. Z kładki po której biegł spadł prosto na kupę gruzu i połamanych desek. Impet kolejnego, twardego uderzenia w szczurzy łeb pozbawił go resztek świadomości. Obudził się dopiero w środku nocy. Wokół pachniało strachem i ekskrementami. Bracia znów przegrali bitwę.

-*-

Szef Quissk siedział na swoim leżu tak jak zawsze, rozwalony, z brzuchem na wierzchu i wysoko zadartym nosem. Pod nim piętrzyła się kupa szmat, kości, desek, kamieni i skór posklejanych brudem i ekskrementami, tworzących wraz z wieńczącym je starym krzesłem (wygrzebanym gdzieś w ruinach) coś w rodzaju podwyższonego tronu. Spod skąpej przepaski z dziurawej szmaty częściowo wystawały imponujące jak na skavena genitalia. Dwie grube samice, najwyraźniej oczekujące kolejnego miotu leżały tuż obok. Zdawały się spać, ale pod półprzymkniętymi powiekami dało się dostrzec nikły, czerwony poblask. Były czujne, gotowe skoczyć do gardła każdemu, kto ośmieliłby się choćby warknąć na ich Pana.

Wokół panował typowy nieład, widać było, że niedawno skończyła się uczta. Pies zabity w ostatniej walce był wyjątkowo duży. Wszędzie walały się obgryzione kości, słodkawy zapach krwi wypełniał podziemna jamę. Tu i tam klanbracia kopulowali po kątach z samicami. Szef Quissk wiedział, że to jedyny sposób na odwrócenie ich uwagi od ostatniej klęski na Powierzchni. Gdyby nie kolejna partia młodych szczurzyc, dar od Tajemniczego Przybysza, szef Quissk z pewnością musiałby stawić czoła otwartemu buntowi. Oczywiście wiedział doskonale, kto pierwszy chciałby przegryźć mu gardło. Przeklęty Gnash... Wydaje mu się, że sam może być Szefem. Trzeba będzie pokazać mu jego miejsce...

-*-

Kiedy Gnash wszedł do jamy Szefa, piski i odgłosy dobiegające z kątów ucichły, tu i tam dało się słyszeć szepty i lubieżne powarkiwania. Gnash był obiektem uwagi większości samic, zarówno z racji mocnej budowy, praktycznie czarnego umaszczenia jak i z powodu ostatnich wydarzeń. Był oczywistym pretendentem do zajęcia miejsca Quisska, który był już stary i ponosił ostatnio same porażki. Konfrontacja była tylko kwestią czasu.

Gnash szedł prosto w stronę Szefa, trzymając nos wysoko, o wiele za wysoko. Gdyby nie fakt, że Quissk siedział na swoim podwyższeniu, nos Gnasha z pewnością znajdowałby się wyżej niż nos Szefa. Postawa czarnoszczura była wyzywająca, ogon poruszał się gwałtownymi, wężowymi skokami. Gnash zatrzymał się blisko krawędzi stosu, na którym siedział Quissk. Za blisko.

Quissk nie miał wyboru. Musiał potraktować zachowanie rywala jako zniewagę. Ryknął głośno i doskoczył do Gnasha. Ich nosy niemal się zetknęły. Gnash jednak ani drgnął.

I gdyby nie nagła eksplozja, z pewnością jeden z nich już za chwilę stałby się karmą dla reszty. Zielony błysk na krótką chwilę rozświetlił całą jamę, docierajac w najgłębsze zakamarki. Rozległ się głuchy łoskot, powietrze wypełniły elektryzujące iskry a tuż pod nogami Quisska i Gnasha klepisko dosłownie wybuchło, odrzucając ich pod przeciwległe ściany. Gnash uderzył o ścianę grzebietem z taką siłą, że odebrało mu oddech na dłuższą chwilę.
Quissk przeturlał się przez kilku skavenów, przewracając ich po drodze. Któryś z braci wrzasnął z bólu, kiedy wyrzucony w powietrze ostry kawałek kości wbił mu się prosto w nozdrze. Jednak po chwili znów zapadła cisza. Całkowita cisza.

Postać, która pojawiła się nie wiadomo skąd na środku jamy wzbudzała przerażenie. Była okazałego wzrostu i postury. Zdawała się roztaczać wokół mglisty mrok, uniemożliwiający dostrzeżenie szczegółów. Falujący płaszcz trudnego do określenia koloru okrywał całą postać, głowę zasłaniał głęboki kaptur. Pomarszczona i żylasta łapa uzbrojona w imponujące szpony trzymała kostur zwieńczony czarnym, wciąż jeszcze pulsującym zielonkawym blaskiem kamieniem. Kostur zdobiły barwione krwią strzępy materiału i pożółkłe ze starości ludzkie czaszki.

Szept, który wydobył się spod kaptura jawił się braciom jako głos samego Boga Szczura. Był cichy, a zarazem donośny. Spokojny, a zarazem przerażający. Szczurze gardła ścisnął strach i wszyscy, nie wyłączając Szefa Quisska i bohaterskiego Gnasha poczuli strumień moczu wypływający bez udziału woli z ich rozdygotanych wnętrzności.

"Parszywi nieudacznicy! Głos naszego Pana dotarł do Miasta Na Bagnach! Jak długo jeszcze będziecie go drażnić swoją obrzydliwą łagodnością? Jak długo jeszcze będziecie występować przeciw jego woli? Czyż nie posłał was tu, abyście gryźli gardła wrogów i gromadzili magiczny kamień do budowy Nowego Dzwonu? Nasz Wielki i Wspaniały Pan, Wielki Rogaty Szczur, Niech Jego Ogon Owinie Cały Świat, wysłał was, pożałowania godny pomiot na ważną misję, a wy, zamiast ją wypełniać, zamiast gryźć, palić i gwałcić przeciwne naturze ludziki na powierzchni, sami sobie skaczecie do gardeł? Gniew Naszego Pana jest niepowstrzymany! Nieudacznicy! Parszywi nędznicy! Koniec z tym!"

Głos przemawiającego ścichł nieco, nie stając się ani trochę mniej strasznym.

"Odtąd ja będę wydawał rozkazy. A wy... " - przerażający kostur zatoczył koło, wskazując Quisska, Gnasha i resztę braci - "... wy będziecie je wypełniać. Nieposłuszeństwo będzie odtąd karane wyłącznie jedzeniem brzucha! O tak-tak, po trzykroć tak!!!"

Zapadła grobowa cisza. Jedzenie brzucha było najstraszniejszą karą, jaką mógł sobie wyobrazić skaven. Przywiązany do pala i powoli pożerany żywcem przez pobratymców skazaniec umierał bardzo długo i w niewyobrażalnych męczarniach.

Tajemniczy Przybysz wspiął się na podwyższenie, które jeszcze przed chwilą zajmował Szef Quissk. Kiedy rozsiadł się na krześle i zdjął kaptur, wszystko stało się jasne.

Do Miasta Przeklętych przybył Szary Prorok.

Add a comment

Narracyjna kampania Mordheim w SDK (2014 r.) - historia #10

Wilfried siedział przy ognisku nieruchomo, wciąż wpatrując się w dogasające płomienie. O tej porze ogarniał go zwykle spokój. Głowa bolała go jeszcze, ale wiedział, że to skutek uboczny naparu, jaki zażył, by nie dopuścić do zakażenia rany. Nawet o powierzchowne zadrapania należało zadbać. W dziczy ludzie nieraz zarażali się strasznymi chorobami po małym ugryzieniu przez niepozorne zwierzę. Franz i Reinhard kilka godzin temu wybrali się do karczmy, Gerhard studiował mapę, Bernhard zapadł w płytki, niespokojny sen. Ogry gdzieś przepadły - zapowiedziały, że mają zamiar zjeść ususzonego na palu trupa centigora, którego minęli wracając do obozu.

Kapłan wyszeptał cicho słowa modlitwy. Zwykle nie mówił wiele, rozmawiając z Taalem. Taal mówił do niego poprzez naturę - rośliny, zwierzęta, powiewy wiatru i ciepłe deszcze. Nie oczekiwał od niego kwiecistych modlitw i klęczenia w świątyni. Był prawdziwy, był wszędzie, nawet w miejscach nietkniętych stopą człowieka. Szczególnie tam. Dawał ukojenie każdemu, kto zechciałby się do niego zwrócić. A Wilfried oddał mu swoje życie już dawno...

Franz i Reinhard wrócili w dobrych nastrojach; wydawali się nawet podekscytowani. Bernhard przebudził się i usiadł, spoglądając z wyczekiwaniem.

- Przykro mi - rzucił Franz. - Rudi nie żyje. Dźgnęli go nożem w tej zaszczanej bramie, wiesz, niedaleko Cmentarnej. Ale spokojnie, znajdę kogoś innego.
- Dam radę - mruknął jego brat.
- Tato - Reinhard szarpnął Franza za rękaw, jakby znów był małym dzieckiem. - Tato, powiedz im o...
- A właśnie - uśmiechnął się Franz. - To powinno ci się spodobać, Gerd. Weź oderwij się na chwilę od tej mapy. W karczmie mówili, że za cmentarzem jest nawiedzony dom.
- Bywa - Gerhard ledwie podniósł na niego wzrok. - Zwłaszcza w okolicach cmentarza.
- Ale stryju, poszliśmy tam! - wypalił Reinhard, podniecony. - Widzieliśmy z daleka. To nie jest żaden nawiedzony dom! Normalnie potwór tam mieszka, taki jak opowiadała babcia, wiesz, jak orkowie najechali Kripperstadt...
- W Kripperstadt, według wszelkich źródeł historycznych, była wyverna - odrzekł Gerhard. - A my jesteśmy w Mordheim. I nie widziałem tu orków.
- Cokolwiek to było, pragnę zwrócić uwagę na to, że potwory na ogół są zostawiane do pilnowania skarbów - zauważył Franz. - Zawsze warto sprawdzić.

Wilfried spojrzał na domniemanych kuzynów z niepokojem. Nie żal mu było potwora. Potwory stworzył Chaos, by zadać gwałt na naturze, tak ukochanej przez Taala. Wiedział, że bóg nie będzie mu miał za złe, jeśli weźmie udział w polowaniu na taką bestię. Ale intuicja podpowiadała mu, że skończy się to źle. Nie potrafił wyrazić, skąd wzięło się to przeczucie, ale było silne. A silne przeczucia zdarzały mu się rzadko i niemal zawsze się sprawdzały.

Głośny ryk zwiastował nadejście ogrów. Grom i Gruag śpiewali jakąś ogrzą piosenkę, przeżuwając ostatnie kawałki centigora. Byli wysmarowani krwią - aż dziw, że tyle jej jeszcze było w tym zeschłym trupie - i wyjątkowo zadowoleni.

- Mamy odpowiednie siły - Franz wskazał na ogry. - Można by spróbować.
- Teraz jesteście odważni, a co potem? - burknął Gerhard. - Poza ogrami większość z nas nie nawykła do widoku potworów. Zesracie się w gacie.
- Można by wziąć kogoś, kto się aż tak nie boi - Bernhard spojrzał na kuzyna znacząco. - Sam mówiłeś wczoraj, że Paul tylko żre i chleje. Wiesz, że jest tak głupi, że aż odważny, da sobie radę. Pamiętasz? Zabrałeś go tu, by zrobić z niego mężczyznę...
- Jak będziesz miał syna, to go poślij! - warknął Gerd. - Łatwo mówić komuś, kto nigdy nawet sobie baby nie znalazł.
- Ja swojego posłałem - odezwał się cicho Franz. - Nie miało być łatwo, prawda? Utrzymanie tej całej hałastry kosztuje. Kto chce jeść i pić, musi zapracować. Jeśli nie będziesz traktował każdego równo...

Wilfried zamknął oczy. Mroczna wizja zawładnęła nim całkowicie.

***

Wszystko szło zgodnie z planem. Gerhard zaplanował atak z góry - na szczęście od zrujnowanej wieży strażniczej do domu, który miał być leżem potwora, prowadziła kładka. Ogry miały iść przodem. Drewniana kładka wyglądała dość solidnie, ale na wszelki wypadek Gerd polecił Franzowi, Bernhardowi i Paulowi, by chwilowo zostali na dole. W razie niebezpieczeństwa mieli wspiąć się po linie na kładkę i dołączyć do reszty.

Niebezpieczeństwo niestety istniało - nie oni jedni dowiedzieli się o potworze wśród ruin. Z dala czaili się ludzie pod sztandarem Sigmara - inni niż ci, którzy tak haniebnie pokonali ich w polu parę dni wcześniej, ale równie niebezpieczni. Gdzieś wśród ruin huczały odgłosy walki - łowcy czarownic wyrzynali dzikusów z Północy, którzy również połasili się na domniemane skarby.

- Dobrze, że się biją - rzucił Reinhard. - Przyjdziemy, jak będą wszyscy osłabieni.
- To potwora mamy bić, chłopcze - zauważył Gerd. - Ludzie nas nie obchodzą.

Wilfried pokręcił głową. Mroczne wizje go opuściły, ale lęk pozostał. Zwykle nie odczuwał strachu - nie tak samo, jak inni ludzie - tym razem jednak ogarniał go dziwny smutek. Spojrzał przed siebie, na szerokie plecy Gruaga i czuł smutek. Spojrzał pod nogi, na kapelusz tkwiący krzywo na głowie Paula - i znów poczuł falę smutku. Potrząsnął głową i przełknął łzy, które całkiem bez powodu pojawiły się w jego oczach. Skoncentrował się na ryku potwora, dochodzącym ze zrujnowanego domu nieopodal.

Choć zdawało się to nieprawdopodobne, to istotnie była wyverna. Przynajmniej jeśli wierzyć rycinom ze starych ksiąg. Była oczywiście o wiele większa niż sobie wyobrażali. Taal nie pragnąłby, by tak wynaturzone stworzenie żyło na tej ziemi. Wilfried mógł mieć nadzieję, że dopomoże im w tej bitwie.

Z daleka rozległo się ujadanie sfory psów. To wystarczyło. Franz, Bernhard i Paul wrócili do wieży i wspięli się na kładkę. Gruag i Grom na szczęście zeszli już bezpiecznie na drugim końcu, wprost do leża stwora. Ostrzegawczy ryk zagłuszył nawet krzyki dzikusów i łowców z oddali. Psy ucichły, a większości Ostlandczyków zrzedły miny.

- Ej, Gruag - burknął Grom. - Pacz!
Głośne łupnięcie oznaczało zeskok na podłogę. Dla człowieka zeskok z pierwszego piętra mógłby zakończyć się tragicznie, ale Grom tylko stęknął, mimo niezbyt udanego lądowania.

Gruag nie zdążył tego zobaczyć. W bojowym szale rzucił się na potwora, który przysiadł niedaleko. Wilfried zamknął oczy i zaczął się modlić.

Taal odmówił pomocy. Gruag nie zdołał nawet trafić zwinnej wyverny i upadł z hukiem na ziemię, powalony serią potężnych uderzeń.

- Cholera - przeraził się Gerhard. - Nie tak miało być. Grom! Uciekaj!
- Grom pomóc Gruag! - zawołał ogr, unosząc broń.
- Grom, WON STAMTĄD! - ryknął Gerd.

Grom wycofał się niechętnie.

- Spokoooojnie, my się tym zajmiemy - Paul był w bardzo dobrym humorze. Ledwo patrzył pod nogi, biegnąc przed siebie. - Damy sobie radę, to maleństwo zaraz zapłacze.
- Paul, nie! - Gerhard nie zdążył złapać syna za ramię. Paul pobiegł już na drugą stronę kładki.
- Gdyby tak ktokolwiek mnie słuchał - dowódca rozpaczliwie rozejrzał się po towarzyszach. - Za nim!

Jak w zwolnionym tempie, oczom wszystkich ukazała się kolejna potworna scena. Wyverna zamachnęła się ogonem. Paul uniósł pustą butelkę po winie, zuchwale wpatrując się w ślepia bestii. Nie zdołał nawet się zamachnąć. Potężny ogon strącił go z piętra domu na ziemię, jakby był tylko szmacianą lalką.

- PAUL!

Nikt nie zwrócił uwagi na pierzchających w popłochu przybyszów z Północy. Nikt nie przyjrzał się ich oprawcom, którzy po cichu wkroczyli do domu, gotowi na kolejną walkę. Wszyscy spoglądali tylko na bezwładne ciało blondwłosego chłopca, leżące na podłodze w rosnącej kałuży krwi.

***

Chleb smakował popiołem. Wino smakowało krwią. Ostlandczycy siedzieli przy ogniu w milczeniu, większość zakryła twarze dłońmi. Gerhard wydawał się starszy o dziesięć lat. Kuzyni bali się spojrzeć mu w oczy.

- Mogłem go ocalić - w głosie dowódcy brzmiała pustka. - Mogłem go ocalić. Ci oprawcy...
- Podarowali mu bezbolesną śmierć - odezwał się Wilfried. - Rany były zatrute i zbyt poważne. Umierałby kilka godzin dłużej, w męczarniach. Tak było dla niego lepiej.
- Powiedz to Helenie, gdy wrócimy do domu - odrzekł cicho Gerhard. - Chcę, abyś powtórzył to kobiecie, która urodziła go w bólach siedemnaście lat temu i która kochała go bardziej, niż kogokolwiek, nawet swojego męża i drugiego syna.

Wilfried zrozumiał, że pora zamilknąć. Niepokój opuścił go już - wszystkie wizje się ziściły. Złe przeczucie nie zawiodło. Cóż z tego, jeśli zawiódł ten najważniejszy, któremu on, odarty z przeszłości człowiek, zawierzył wszystko?

Zawodzenie Groma było głośniejsze. Uciekając, musieli zostawić ciało Gruaga w ruinach. Było ich zbyt niewielu, by mogli go unieść. Jeśli nawet żył, gdy go zostawiali, zapewne został dobity przez łowców czarownic. Zdechlak wył razem ze swym panem, ale tym razem nikogo to nie zdenerwowało. Wszyscy byli zbyt przybici.

- Ty decydujesz, Gerd - odezwał się Bernhard. - Będziemy z tobą, jeśli zechcesz wrócić do domu. Ale ten koszmar nie skończy się tutaj. Nie zostawisz go za plecami, jeśli się odwrócisz i uciekniesz. Będzie szedł za tobą.

Gerhard podniósł na niego oczy, ale nie odpowiedział. Patrzył tylko przez chwilę, zanim po jego policzkach znów popłynęły łzy.

Add a comment
Więcej artykułów…

Szukaj

Ogłoszenia

Spotkania klubowe:

 

Wtorki, od godz. 19:00.

Soboty, od godz. 9:00.

Niedziele, od godz. 11:00.

 

(prosimy o upewnienie się, czy zajęcia w danym terminie nie zostały odwołane)

  

Pokazy i nauka gry:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

Warsztaty makietowe:

 

[aktualnie brak zaplanowanych]

 

***

Tu się spotykamy:

 

Staromiejski Dom Kultury w Warszawie,

Sala "Klubowa", I. piętro.

 

***

KLUBOWY KALENDARZ!

Pinterest!

Pinterest

DT na Facebooku

Kto online

Naszą witrynę przegląda teraz 38 gości 

Logowanie